Szukaj według autora lub tytułu:

szukanie zaawansowane

DARMOWA WYSYŁKA
BRAKUJE: 65.00zł

nie masz książek w koszyku

karta książki

okładka
  • Tytuł oryginału: Mundo del fin del mundo
  • Język oryginału: hiszpański
  • Przekład: Dorota Walasek-Elbanowska
  • Oprawa: broszurowa
  • Format: 145 × 235 mm
  • ISBN: 83-88459-59-7
  • Data wydania: kwiecień 2003
  • Ilość stron: 100

Cena: 14.40 zł

Cena: 16.00 zł

Luis Sepúlveda

Podróż do świata na końcu świata

Podróż do świata na końcu świata to oparta na faktach opowieść, w której Luis Sepúlveda daje się poznać jako aktywny obrońca przyrody. Po dwudziestu czterech latach wędrówek bohater powraca na południowy skrawek ojczystego Chile - do "świata na końcu świata". Zaprzysięgły wielbiciel Moby Dicka, niezależny dziennikarz, udaje się tam na wezwanie Greenpeace. Ma wyjaśnić tajemniczy wypadek, któremu uległ w pobliżu Cieśniny Magellana japoński statek przetwórnia "Nishin Maru". Wkrótce się okazuje, że chilijska korespondentka, Sarita, ma poważne kłopoty... Tak rozpoczyna się historia wyprawy, podczas której hasło "Ratujmy wieloryby!" przybierze realny, dramatyczny kształt. Książka Sepúlvedy to nie tylko pełna napięcia relacja, lecz także piękna przypowieść o mądrości i szlachetności natury, którą niszczą powodowani egoizmem ludzie, nieświadomie dążący do własnej zguby.

Fragment książki

pokaż

Nazywał się Jörg Nielssen, tak jak jego dziadek i jego ojciec, duński awanturnik, który w roku 1910, wziąwszy ze sobą kota jako jedynego towarzysza podróży, zapuścił się w okolice Cieśniny Magellana, pełen nadziei, że na północny zachód od wyspy Desolación odkryje przesmyk morski i otworzy żeglarzom drogę na Pacyfik, oszczędzając im niebezpiecznej przeprawy do Puerto Misericordia. Stary Nilssen nigdy nie odnalazł upragnionego przesmyku, odkrył za to wiele innych przejść, położonych bardziej na północ, czym znacznie się przyczynił do wzbogacenia mapy mórz południowych. Miał jednakże pecha, bo nie należał do żadnej floty ani oficjalnej ekspedycji badawczej i nigdy nie doczekał się uznania za swoje zasługi - wszystkie odkrycia przypisano innym i żadne nie nosi jego nazwiska.

"Chilijską zapłatą" nazywają moi rodacy tę formę wdzięczności i uznania. Ale stary Nilssen, tak niesłusznie skazany na anonimowość, znalazł na swym szlaku nie tylko dziewicze zatoki i wyspy - znalazł też miłość pewnej wyspiarki, która towarzyszyła mu wiernie przez wiele lat podczas krótkich ciepłych miesięcy i długich zim patagońskich. Lecz któregoś dnia jego ukochaną uśpił nieunikniony pocałunek śmierci, a wtedy został mu już tylko syn, urodzony na morzu i wykołysany przez fale. Aby zapewnić ciągłość trasy żeglugowej, zapoczątkowanej przed stu laty na zimnych wodach Kattegatu, nadał dziecku imię Jörg, ale jakiś chilijski biurokrata z wadą wymowy przerobił je na hiszpańskie "Jorge".

- Zapyta pan pewnie, dlaczego ani razu nie wspomniałem imienia matki. To proste, wcale go nie miała. Wywodziła się z Onów, wymarłej już rasy olbrzymów, którzy na długo przed Magellanem tysiące razy przeprawiali się przez cieśninę na łodziach z foczych skór i żaglach z kory. Mój ojciec nazwał ją Kobietą, a ja nie zdążyłem nadać jej innego imienia, bo zmarła w kilka miesięcy po moich narodzinach, w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym. On przeżył ją o dwadzieścia lat. Wierny jej pamięci, nigdy nie związał się z inną kobietą i odtąd tylko samotnie żeglował po kanałach.

Wiem o niej tylko to, co opowiadał mi w długie zimowe noce, które spędzaliśmy w zaciszu fiordów. Matka bała się schodzić na ląd. Gdy zawijaliśmy do portu lub przystani, zamykała się pod pokładem, dygocząc i skamląc jak ranione zwierzę. I nie bez powodu. Była z plemienia Onów i podobnie jak Patagończycy, Jaganowie i Alakalufowie wiele wycierpiała z rąk hodowców bydła - Anglików, Szkotów, Rosjan, Niemców i Kreolów, którzy osiedlili się w Patagonii i na Ziemi Ognistej. Była ofiarą i świadkiem jednego z największych aktów ludobójstwa tamtych czasów. Właściciele ziemscy, otaczani dziś w Santiago i Buenos Aires powszechnym szacunkiem jako pionierzy postępu, uprawiali dawniej łowy na Indian, płacąc srebrną monetą najpierw za parę uszu, potem za jądra i piersi, a wreszcie za każdą głowę Jagana, Ony, Patagończyka lub Alakalufa, jaką im dostarczono.

Ciekawa rasa, ci Onowie. Wiadomo o nich niewiele. Do chwili przybycia Europejczyków trudnili się polowaniem na guanaka i zbieraniem małży. Z kości fok i wielorybów wyrabiali haczyki, groty do strzał i inne narzędzia, które wymieniali z Jaganami i Alakalufami na małe łodzie, niezbędne do przepraw przez cieśninę. Tak żyli przez wieki i dopiero Europejczycy wypędzili ich z terenów łowieckich, a razem z nimi bogów, zamieszkujących mroczne ostępy. Bogowie Onów byli otyli, słabi i łagodni. Jak mówi legenda, kiedy Europejczycy zabrali Onom lasy, ci zbudowali wielką łódź, coś w rodzaju arki, aby ocalić swoich bogów, a że nie mieli wprawy w budowaniu statków, a bogowie byli grubi, arka zatonęła pośrodku cieśniny. Gdy więc przystąpiono do masowej eksterminacji Indian, Onowie nie mieli już do kogo zwrócić się o opiekę. Zaczęli wówczas budować nieporadne łódki ze skór i kory, żeby wyłowić bogów z dna oceanu. A może chcieli zamieszkać wraz z nimi w ich nowej siedzibie? Nikt tego nie wie i nigdy się dowie.

Uciekając przed masakrą, wielu z nich wyruszyło na morze, gdzie wiedli życie wodnych nomadów, ale i tam nie byli bezpieczni. Polowania na Indian stały się ulubioną rozrywką hodowców bydła. To było wtedy, gdy na kanałach pojawiły się pierwsze parowce... Biali wypędzili Indian ze stałego lądu, skazali na wymarcie, wypalając miliony hektarów lasu, ale jeszcze im było mało. Musieli ich wytępić co do jednego. Słyszał pan kiedyś o "strzelaniu do mrożonych gołąbków"? Wszyscy ci MacIverowie, Olivarriowie, Beauchefowie, Brautigamowie, von Flackowie, Spencerowie tak się zabawiali... Zaganiali całą indiańską rodzinę na dryfującą krę albo górę lodową, a potem strzelali - najpierw w nogi, potem w ręce - i robili zakłady, kto się utopi, a kto zginie z zimna ostatni.

Kiedy zmarł mój ojciec, przywykłem już do samotności i nie ufałem światu.

Ojciec był dobrym człowiekiem. Między sobą porozumiewaliśmy się dialektem znad Kattegatu. Czytać i pisać po duńsku nauczyłem się z pierwszej książki, jaka wpadła mi w ręce. Był to dziennik pokładowy "Fiony" - żaglowca, na którym ojciec przypłynął ze Skandynawii. Później władze chilijskie nakazały nam używać tutejszej bandery i żeby prowadzić dziennik "Paso del Ona", musiałem nauczyć się hiszpańskiego.

"Paso del Ona", kuter o płaskim kilu, ojciec mój kupił, kiedy "Fiona" rozbiła się w czasie sztormu na rafach Punta Diego. Na "Paso del Ona" się urodziłem. Ten statek był moją ojczyzną. Ale już go nie ma... Kiedy ojciec umarł, zrobiłem, com powinien, jak każe obyczaj Onów i ich wiara: przywiązałem ciało do steru i zatopiłem kuter w głębinach zatoki Penas. Może na dnie oceanu ojciec spotka się ze swoją Kobietą? Kto wie...

Zostałem sam. Jedyną bliską mi osobą była pewna staruszka, którą często odwiedzałem na zachodnim wybrzeżu wyspy Van der Meule u wejścia do kanału Messier. Nie znała hiszpańskiego ani duńskiego. Nie znała żadnego języka poza swoim własnym. Czasem, nieświadoma mojej obecności, nuciła coś w narzeczu Onów, ale milkła speszona, ilekroć mnie spostrzegła. I tak mijały nam całe dnie... Imienia też nie miała.

W owym czasie, mówię o roku czterdziestym drugim, mieszkałem w chacie zbudowanej przez ojca. Stoi tam do dziś i wciąż opiera się wiatrom szalejącym nad północno-wschodnimi brzegami wyspy Serrano, oddalonej od Van der Meule na szerokość kanału Messier - niespełna półtorej mili. Nie byłem rozbitkiem, ale żyłem samotnie. Byłem jedynym mieszkańcem wyspy Serrano i nie skłamię, jeśli powiem, że wolałem rozmawiać z delfinami niż ze starą Oną z tamtego brzegu. Delfiny przynajmniej odpowiadały na moje zawołanie, gdy tymczasem w gardle biednej starowinki słowa więzły, dławione strachem bardziej nieprzeniknionym niż patagońska mgła. Ale ilekroć niebo było pogodne, a morze spokojne, przeprawiałem się na drugi brzeg kanału, żeby ją odwiedzić.

Pewnego dnia nie zastałem nikogo. Popiół w palenisku był jeszcze ciepły, a w pobliżu odkryłem ślady łowców fok. Odeszła, zabierając ze sobą swoją starość i swój lęk. Czułem, że nigdy jej nie zobaczę i że nie mam po co tu wracać.

Po latach dowiedziałem się, że umarła i że była ostatnią z Onów. I tak nadszedł kres tego plemienia wygnańców, błąkających się po najmniej gościnnych morzach twego świata. Pamiętam, że o jej śmierci przeczytałem w lokalnej gazecie Punta Arenas. Francuscy badacze natknęli się na starą Indiankę, dryfującą na wysokości wyspy Desolación, gdzie Cieśnina Magellana uchodzi do Pacyfiku. Wiosła maleńkiej łódeczki, która cudem trzymała się na falach, były doszczętnie połamane. Francuzi zabrali staruszkę na pokład, zbadali ją, określili jej wiek na jakieś dziewięćdziesiąt lat, po czym doszli do wniosku, że jest obłąkana, bo gdy tylko spuścili ją z oka, próbowała wyskoczyć z powrotem za burtę, żeby wrócić na swoją łódkę. Dostała zastrzyk na uspokojenie i to przyspieszyło jej koniec. Nie była obłąkana. Bogowie Onów żyją w morzu, a ona ich szukała, zanim natknęła się na intruzów.

 

Luis Sepúlveda

Luis Sepúlveda, znany chilijski pisarz, urodził się w Ovalle w roku 1949. W młodości, zafascynowany lekturą Moby Dicka i legendami o bohaterskich marynarzach, bardzo pragnął zostać podróżnikiem. Marzenie to udało mu się zrealizować - opłynął niemal całą kulę ziemską. Jako zapalony ekolog uczestniczył w wielu wyprawach na pokładzie statku Greenpeace. Podobnie jak jego ziomek i idol literacki, Francisco Coloane, zamiłowanie do podróży zawsze łączył z pasją pisarską. Opublikował dotąd kilkanaście książek, za które otrzymał wiele prestiżowych nagród. Międzynarodowe uznanie przyniosła mu wydana w 1990 roku powieść O starym człowieku, co czyta romanse (wyd. pol. 1997). Jego literacką renomę ugruntowały kolejne książki, m.in. Podróż do świata na końcu świata (Noir sur Blanc 2003), Przegapienia (Noir sur Blanc 2005), Express Patagonia (Noir sur Blanc 2003). Odkąd w 1993 roku Sepúlveda związał się z Tusquets Editores z siedzibą w Barcelonie, stał się jednym z najczęściej tłumaczonych pisarzy hiszpańskojęzycznych na świecie. Chętnie sięga też po inne gatunki literackie, jak reportaż czy opowiadania dla dzieci; wielkim powodzeniem, także wśród dorosłych, cieszyła się pełna uroku Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać. Doskonale również czuje się na gruncie czarnego kryminału - czytelników zachwyciły dwie jego mikropowieści, Dziennik sentymentalnego killera i Kajman, publikowane pierwotnie w odcinkach na łamach największych hiszpańskich gazet.

Podróżnik i pisarz, Sepúlveda zawsze był też bardzo zaangażowany politycznie. Należał do chilijskiej Partii Komunistycznej, z której wyrzucony wstąpił do Partii Socjalistycznej; aktywnie popierał rządy prezydenta Salvatora Allende. Po wojskowym zamachu stanu 11 IX 1973 r. był aresztowany i torturowany. Dzięki interwencji Amnesty International karę 28 lat więzienia zamieniono mu na 8 lat wygnania. W 1979 przyłączył się do rewolucji w Nikaragui, jednak mimo jej zwycięstwa musiał emigrować do Europy.

Z tą książką zamawiano również:

Cena: 19.80 zł

Cena: 22.00 zł

Cena: 15.30 zł

Cena: 17.00 zł

Działy i serie