W lecie 1922 pani Stefania wróciła do Warszawy. I wtedy 7 września odbył się chrzest. Pani Stefania pracowała teraz jako nauczycielka metodyki i kierowniczka szkoły ćwiczeń przy seminarium nauczycielskim. Krzyś po ukończeniu sześciu lat został uczniem w ćwiczeniówce matki, a jego nauczycielką była Władysława Cuszlak, która poznała przyszłego poetę jeszcze w 1923, gdy miał dwa latka. Cuszlakowa często wówczas bywała w domu państwa Baczyńskich przy Bagateli.
"Krzyś pakował mi się na ramiona i odbywał podróż «na wielbłądzie» -wspomina. -Z natury był szalenie uczuciowy, nerwowy, kapryśny, co wywoływało u Stanisława Baczyńskiego niezadowolenie... Stosunek pana Baczyńskiego do żony i dziecka przybierał czasem formy brutalne, na przykład wyrzucił żonę z dzieckiem z mieszkania" - twierdzi Cuszlakowa.

W 1925 pani Stefania przeniosła się z Krzysiem do mieszkania swej matki, Karoliny Zieleńczykowej, przy Wspólnej róg Emilii Plater. Rozstanie rodziców Krzyś bardzo przeżył i jeszcze bardziej stał się nerwowy. W szkole często zapadał na zdrowiu, gorączkował, musiał leżeć w łóżku.
"Pewnego razu - wspomina Cuszlakowa - podczas pobytu Baczyńskiej w lecznicy, gdy leżała chora na serce, Stanisław przybiegł na Wspólną, a nie zastawszy Krzysia, przyszedł do ogrodu pomologicznego. Krzyś bawił się zbieraniem włochatych, barwnych gąsieniczek i z zachwytem klaskał w ręce. Stanisław nie przywitał się, przerwał dziecku zabawę i podeptał gąsienice jak groźne szkodniki. Krzyś rozpłakał się i z wielkim żaiem zapytał «dlaczego?». Pan Baczyński, zamiast dziecku odpowiedzieć, wyrwał parę chwastów, wychłostał dziecko po gołych nogach i odszedł bez pożegnania ze mną. Od tej pory Krzyś bał się ojca i zaczął! określać go słowem «on»..."
Z relacji Cuszlakowej wynika, że matka pani Stefanii bardzo pragnęła pogodzenia się córki z mężem. Wynajęła im nawet letnisko w Urlach pod Warszawą. A!e nic z tego nie wyszło - wrócili każde osobno...
Władysława Cuszlakowa odnosiła wówczas wrażenie, że z Krzysia wyrośnie malarz. Opowiadał jej fantastyczne bajki, które barwnie ilustrowai. Starał się pięknie pisać, płakał nad każdym kleksem. Bardzo lubił rysować, ponosiła go fantazja, ilustrował wymyślone przez siebie bajki, a kiedy opowiadał ich treść, to gorzały mu piękne sarnie oczy. Mówił, że kiedy dorośnie, będzie miał domek z ogródkiem pełnym kwiatków i zamieszka w nim z mamuśką - wspomina nauczycielka.
Matka z niezwykłą troskliwością - parę lat samotnie - oddała się wychowaniu syna. "Wiedziała chyba, że więcej dzieci mieć nie będzie. Ogarniał ją paniczny ięk wobec każdej jego gorączki lub ataku duszności. Stąd uległe postępowanie, pełne oddania i pokory" (M. Turlejska). W drugiej połowie lat dwudziestych Krzysztof poszedł do przedszkola, które było jakby szkołą przygotowawczą, w Alejach Ujazdowskich 37. Było to prywatne przedszkole pani Girtlerowej. Bogusława Karczewskiego posłano tam, kiedy miał sześć i pół roku. Zajęcia trwały od dziewiątej do dwunastej. Był taki zwyczaj - opowiada - że z rana dzieci odprowadzały służące. Po lekcjach przychodziły matki i wszyscy szli do ogrodu ujazdowskiego, czasem do Łazienek. Matki - jego i Krzysia - tak się jakoś zaprzyjaźniły, że chodzili tam razem.
W przedszkolu było sporo dzieci z rodzin żydowskich; niektóre już wyznania rzymskokatolickiego. Manifestowało się to w różny sposób. Karczewski pamięta, że kiedyś jego matka relacjonowała ojcu przy obiedzie rozmowę z panią Kobrynerową, matką kolegi z przedszkola, która uzasadniała decyzję zmiany wyznania jedynie chęcią asymilacji w środowisku polskim. Przeciwieństwem tej postawy była - zdaniem matki - Stefania Baczyńska, której wiara miała głębsze uzasadnienie. Ojca Krzysztofa Karczewski nie pamięta - nigdy go prawdopodobnie nie widział, a wręcz odnosił takie wrażenie, jakby Krzyś w ogóle nie miał ojca; nie podejrzewał, że może tu chodzić o jakiś konflikt rodzinny.
Na spacerach w ogrodzie Krzysztof spotykał siostry Zieleńczykówny, z rodziny matki. Kłaniali się sobie, ale nie było między nimi bliższego kontaktu. Maria Turlejska, jedna z sióstr Zieleńczykówien, zapamiętała Krzysia w granatowym aksamitnym ubranku z koronkowym kołnierzykiem i takimiż mankietami, podobnego do bohaterów książek, które wówczas czytali, jak Tajemniczy ogród czy Mały lord. Był ostrzyżony jak oni, to znaczy z grzywką i z włosami przyciętymi równo, nieco powyżej dolnej krawędzi uszu, na tzw. polkę.

Krzyś był ładnym dzieckiem, choć mimo upływu lat nadal niewysokim i delikatnej budowy. Z usposobienia należał do Zieleńczyków - był spokojny, opanowany i z natury nieśmiały, w przeciwieństwie do pobudliwego ojca. Po Zieleńczykach odziedziczył też - niestety - słabe zdrowie: "Zieieńczykowskie nosy oznaczały wciąż powracające, uporczywe katary, zajęte zatoki, skłonności do angin" - wyjawia Turlejska. Z kolei Zieleńczykowskie humory to przechodzenie w stany skrajne: od depresji, neurastenii, jeśli nie histerii, do drwin ze wszystkiego. Od matki zatem zapewne przejął poeta swoiste poczucie humoru...