3
Śród dysydentów-kajdaniarzy byli zarówno wyznawcy starego obrzędu różnych odcieni, jak i sekciarze rozmaitej maści: chłysty, skopcy, szełaputy, pryguny, bieguny, pierduny... i nie lada wiedzy potrzeba, by się w tym wszystkim połapać. Ot, pierduny, dla przykładu, sekta założona przez Gawriłowa, mnicha z Athos, który nauczał, że to, co jemy, żywi diabła, żyjącego w nas, i jako formę oczyszczenia zalecał rytualne pierdzenie połączone z modlitwą... co współczesny francuski historyk Ingerflom odczytuje jako relikt kultu Peruna, łączący pierdy z gromami!
Lub chłysty, czyli „...samoistny wyraz ruskiego ducha — jak czytamy w Encyklopedycznym słowniku prawosławnym — z jednej strony pod wpływem pogańskiej wiary naszych przodków, z drugiej pod naciskiem idei bogomilskich, rozprzestrzenionych u nas dzięki apokryficznej literaturze”. Literatura ta — dodajmy — przyszła na Ruś wraz z chrześcijaństwem (ikony, księgi, duchowni) z Ochrydy, patriarchatu bułgarskiego, zdominowanego w onym czasie przez herezję manichejską (bogomilców), która stamtąd przeniknęła na Zachód pod postacią patarenów, katarów i albigensow, na Rusi natomiast wiekami się tliła w... monastyrach. Dopiero reforma Nikona, likwidując stare księgi, wywołała kontrakcję i wywiodła herezję z cel klasztornych na świat. Nierzadko przy tym dochodziło do rozlewu krwi tudzież stosu. Sołowiecki monastyr jeszcze osiem lat trwał na straży starego obrzędu, oblegany przez wojska carskie... A i potem, po zwycięstwie reformy, klasztory bywały zarzewiem niejednej herezji, zwłaszcza chłystowskiej. Solidny Kutiepow, autor Sekty chłystów i skopców, naliczył parę dziesiątków monastyrów, w tym kilkanaście moskiewskich, zarażonych chłystowszczyzną w XVIII wieku. Przypomnę, że początek sekcie dał Daniło Filippow, który w 1631 potopił księgi cerkiewne w Wołdze i dwanaście przykazań ogłosił. Pierwsze z nich brzmiało: „Jam jest Bóg, zapowiedziany przez proroków, który zstąpił na ziemię, aby zbawiać ludzkie dusze. Nie będziesz miał innych bogów przede mną”. „Boży ludzie” — tak nazywano chłystów — wierzyli, że Bóg się wciela w każdego z nas, jak ongiś się zrodził w Jezusie Chrystusie — wystarczy radief i krużit'. (Chodzi o zbiorowy rytuał „zawirowań”, wiodących do odmiennych stanów świadomości, niekiedy halucynacji, epilepsji i tym podobnych). Dla praktyk tych, często kończących się orgią, chłysty organizowali wspólnoty, tak zwane okręty. Ucząc, że seks to grzech, twierdzili, iż bez grzechu nie ma pokuty, a bez pokuty — zbawienia, zatem pożycie małżeńskie, tające grzech, jest gorsze niż on sam. W „okrętach” chłystów wszystko było wspólne: od mich do bab.
Współczesny filolog twierdzi, że chłystowski „okręt”, w którym Bóg był współobecny przy rytuałach, a wierni jednogłośnie powtarzali te same teksty, krążyli w zamkniętej przestrzeni i razem przeżywali orgazm — to jedna z najmocniejszych metafor ludzkiej wspólnoty, znanych antropologii i historii. Tradycyjna ruska obszczina, ze wspólnym polem, obrzędem i prawem, pozostawiała na uboczu rodzinę i sprawy seksu — kolektyw ich się nie tykał. Natomiast idee chłystów, cementując wspólnotę, pociągnęły eksperymenty z rodziną i płcią. Do stabilizacji tego doświadczenia niezbędna jest wiara. Prawdziwy komunizm może być osiągnięty tylko we wspólnocie erotycznej i mistycznej.
4
W 1772 we wsi Bogdanowka zaniepokojona policja zarejestrowała trzynastu mużyków „...bez jaj, podniesiono alarm, sprawca zbiegł...” — tak się zaczyna historia jednej z najdziwniejszych sekt w dziejach świata, sekty „białych gołębi”, w której ruski radykalizm znalazł najpełniejszy wyraz. Pojedyncze przypadki samokastracji z pobudek religijnych bywały i wcześniej, choćby kazus Orygenesa, i na Rusi można przypomnieć paru monachów-rzezańców śród pieczerskiej braci, na przykład Jefrema, późniejszego metropolitę kijowskiego, czy inoka Moisieja, którego... Polka otrzebiła, opisanych w Pateryku. Lecz dopiero pod koniec XVIII stulecia w Rosji skopczestwo przyjęło formy sekty religijnej, wyłaniając się z chłystowskich „okrętów” niby nowy zakon. Na czele stanął starzec Seliwanow, Bóg i car w jednej osobie, bo się podawał zarazem i za wcielenie Pana Boga, i za Jego Wysokość Piotra III, mieszając mistykę z polityką. Seliwanow głosił, że zbliża się Koniec Świata i starczy otrzebić sto czterdzieści cztery tysiące braci i sióstr, by Sąd Ostateczny nastąpił. Sąd się odbędzie w Moskwie pod przewodnictwem Seliwanowa, który do tego czasu zasiądzie na carskim tronie. Karać się będzie za lepost', czyli za stosunki płciowe, grzech straszny, który zżera świat i robi z ludzi bydło, zamiast aniołów. Aby aniołem się stać, należy grzech odkupić, to znaczy... otrzebić się.
Gra słów w ruskim języku: iskuplenije/oskoplenije (od-kupienie/otrzebienie) oddaje sens metafizyczny odkupienia grzechu pierworodnego przez rzezańców. Według ich nauk, pierwsi ludzie byli bezpłciowi, to jest nie posiadali narządów płciowych. Za to mieli pełną swobodę, nie mogli tylko dotykać drzewa poznania. Za złamanie zakazu Bóg ich ciężko pokarał: na ciele Adama i Ewy pojawiły się organy, będące kopią drzewa poznania. Pień wyrósł jako prącie, jabłka — jako cycki. Tylko chirurgiczna interwencja, czyli obcięcie grzesznych członków, może zbawić człeka od grzechu pierworodnego. Operacje robiono rozżarzonym żelazem i nazywano „chrztem ogniowym”, „sadzaniem na białego konia”, niekiedy „pieczęcią”. Rozróżniano „małą pieczęć” — odcięcie jąder u mężczyzn, sutków u kobiet — lub „carską pieczęć” — oderżnięcie prącia u nasady, piersi „do samej kości”. Kobietom wyrzynano też wargi sromowe, co prowadziło do zrastania pochwy. Na starych policyjnych fotografiach (mam je przed sobą!) trudno rozróżnić śród gołych rzezańców, kto z nich jest kobietą, a kto mężczyzną. Zaiste, bezpłciowe anioły.
Nauki Seliwanowa znalazły posłuch. Rychło posypały się donosy. To tu, to tam, donoszono o nowych otrzebieniach. „Okręty” rzezańców powstawały jak grzyby po deszczu... w guberni orłowskiej, kałuskiej, kurskiej, tulskiej, tambowskiej, moskiewskiej, petersburskiej. Trzebili się chłopi, żołnierze i kupcy, wiejskie kumoszki i mieszczki. Skoro się okazało, że styl życia trzebieńców, w tym abstynencja, wegetarianizm, sprzyjają robieniu pieniędzy. Bogate „okręty” przekupują policję, rozwijają biznes, mają wpływy na dworze. Starzec Seliwanow, po krótkiej zsyłce na Sybir, wraca triumfalnie do Petersburga, jest hołubiony w wyższych sferach, jak sto lat później inny starzec — Rasputin. Potem koniunktura spada, skopców prześladują, zsyłają, męczą. Seliwanowa zamknęli w Spaso-Jewfimijewskim monastyrze w Suzdalu, tam trafił na... „okręt” naszego rodaka, o którym za chwilę. Mimo represji sekta się rozwija i nowe „okręty” się rodzą w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach: w garnizonie piechoty morskiej w Kronsztadzie, w 95 rocie na Kaukazie, w sołowieckich kazamatach... Tutaj też, na Sołowkach, można znaleźć ślady ostatnich trzebieńców — w archiwach SŁON-a.
Filolog zauważa: „Kastracja wiąże człowieka ze wspólnotą tak mocno, jak nie mogła tego zrobić jakakolwiek więź ekonomiczna czy ideologiczna. Zależność od wspólnoty zawsze się rozbijała o siłę płci — miłości do jednostki, nie do wspólnoty. Kastracja likwiduje ten problem. Kastracja zamyka dla partnera i otwiera dla kolektywu. Kastracja czyni komunizm możliwym, ba, niezbędnym”.