Max posilił się u siebie na Chateau-Rouge, bo Alice zostawiła w lodówce kurczaka na zimno, i przysnął na chwilę na kanapie w studiu. Rozbudził go gwałtowny nawrót strachu, który spróbował zażegnać szklaneczką z takim skutkiem, że go tylko spotęgował. Kiedy późnym popołudniem ponownie pojawił się Bernie, żeby go jak zwykle odstawić na koncert, Max wyglądał na jeszcze mniej pewnego siebie niż na dworcu i Bernie musiał zaprowadzić go pod prysznic, potem pomóc mu się ubrać, a następnie na rogu ulicy Custine przywołać taksówkę, do której wsiedli. Park Monceau, obwieścił. Czemu park Monceau? zaprotestował Max, dlaczego mnie zawsze tam zabierasz? Park Monceau jest w porządku, odrzekł Bernie. Praktyczny, ładny, z niezłym dojazdem. Niedaleko mojego mieszkania. No i też dlatego, że nie grzeszę wyobraźnią.
Gdy mijali bulwary, niebo było posępnie szare, powietrze parne, od czasu do czasu krótkie rześkie podmuchy wpadały przez opuszczone okna taksówki, Max bez przerwy zapinał i rozpinał swój prochowiec. O, zauważył, kiedy taksówka zaparkowała przed złoconą bramą, pada deszcz. Niech pan jeszcze nie wysiada, uprzedził Bernie, zaraz pana osłonię. Rachuneczek proszę, rzucił do kierowcy, po czym szybkim truchtem okrążył samochód i wyczarował składany parasol, który rozpostarł nad Maksem, gdy ten zatoczył się, wysiadając z taksówki.
Znów weszli do parku. Bernie musiał się trochę nagimnastykować, jedną ręką podtrzymywał Maksa, a w drugiej niósł parasol tak, by pozostawał ześrodkowany dokładnie nad głową jego towarzysza. Max protestował: ależ ty też się schowaj, przemokniesz do suchej nitki. Mam kapelusz, przypomniał mu Bernie. Posłuchaj, powiedział Max, a może byśmy raczej wpadli do ciebie na jednego, jedno małe piwko, w cieple. Nie, panie Max, odmówił zdecydowanym głosem Bernie. Posłuchaj, nie dawał za wygraną Max, wiesz, że deszcz nie jest wcale dobry dla moich rąk. Niszczy mi palce, jestem zlodowaciały, czuję, że łapie mnie artroza, już to czuję. W tej sytuacji nie będę mógł grać. Panie Max, zajęczał zrozpaczony Bernie. Czując, że tamten mięknie, Max sięgnął ręką do kieszeni prochowca, wyjął jedną z buteleczek nabytych w TGV i z groźną miną potrząsnął nią niczym granatem bojowym. Spójrz, powiedział, jeśli tego się obawiasz, to i tak to mam. Tylko to może mnie rozgrzać. A więc sprawa jest prosta: albo piwo u ciebie, albo wypijam to od razu tutaj. Uważasz, że tak byłoby lepiej? Niedobrze, skapitulował Bernie, niedobrze. Co niedobrze? zdziwił się Max. A co w tym złego? A tak w ogóle, to gdzie ty właściwie mieszkasz? Na ulicy Murilla, odrzekł Bernie zgaszonym głosem, niedaleko stąd. Ach, rozumiem, powiedział Max i zaśmiał się nieprzyjemnie, coś takiego, więc mieszkamy w dobrej dzielnicy. To bardzo małe mieszkanie, zaprotestował niemrawo Bernie, na ostatnim piętrze, miejsca wystarcza akurat dla pasierba i dla mnie. Mam je po rodzinie. Idziemy, powiedział Max. Zrezygnowany Bernie ruszył - już nie przodem, tylko w ślad za Maksem-w kierunku południowej bramy parku, dla zasady starając się wszelako ominąć pomnik Chopina, który, wyrzeźbiony w pełnej akcji przy fortepianie, pastwił się nad jakimś mazurkiem, pod- czas gdy siedzące u stóp instrumentu nieodzowne młode dziewczę o włosach okrytych welonem i osobliwie wielkich stopach, wyraźnie głęboko skupione, osłaniało jedną dłonią oczy, w stanie ekstazy (niemożebnie, kurwa, piękna jest ta muzyka) lub irytacji (niemożebnie dość już mam, kurwa, tego gościa).
Istotnie, numer czwarty na ulicy Murilla był całkiem ładną kamienicą, chociaż na mieszkanie Berniego składały się trzy połączone służbówki z widokiem na podwórze. Bernie wprowadził Maksa do głównego pomieszczenia łączącego funkcje salonu, kuchni i jadalni. Stało tam też łóżko Berniego. Przez otwarte drzwi Max zauważył wysokiej klasy sprzęt informatyczny w pokoju niezwykle inteligentnego pasierba, który zdawał się nieobecny. Bernie, zgodnie z umową, postawił przed Maksem piwo, do którego ten, ku jego konsternacji, wlał prawie połowę alkoholu ujawnionego w parku. Potem mały człowieczek próbował jak zwykle rozerwać pianistę, chcąc, by zapomniał o terminie koncertu. Szukał argumentów i pomysłów z tym większym trudem, że zamroczenie alkoholowe Maksa z każdą minutą rosło, chociaż na szczęście, zdawało się uśmierzać jego tremę.
A około siódmej trzydzieści, w miarę możliwości podtrzymując się nawzajem, ruszyli powoli aleją Messine w kierunku sali Gaveau. A punkt ósma, po wielu kłopotach z utrzymaniem Maksa w pozycji pionowej, Bernie, stosując swą zwykłą technikę, wypchnął go do fortepianu. Max ruszył na spotkanie instrumentu nieoczekiwanie pewnym krokiem, jakkolwiek w jego zmąconej alkoholem optyce klawiatura nie była już jak zawsze zwykłą żuchwą, tylko najprawdziwszą paszczą, tym razem gotową jak najzupełniej serio pożreć go i przeżuć na miazgę. A ponieważ ledwie zdążył pojawić się na scenie, cała sala wstała, by powitać go oklaskami, niekończącą się niagarą braw, jeszcze bardziej żywiołową niż w zeszłym tygodniu, ponieważ bardziej niż zwykle entuzjastyczna owacja, nie słabnąc, przedłużała się, Max, któremu wszystko się już trochę pomieszało, uznał, że wniosek z tego taki, iż koncert się skończył. Skłonił się więc po wielekroć głęboko przed pu- blicznością, po czym, pod pełnym grozy spojrzeniem Parisy'ego, równie pewnym krokiem powrócił za kulisy - ale Bernie, nie cackając się, momentalnie chwycił Maksa za ramiona, obrócił go, potężnym kuksańcem posłał energicznie na scenę i do dzieła: sonata.
Dobra robota, Bernard, orzekł Parisy, był pan niezły. Był pan naprawdę dobry. Nie zawsze jest to łatwe, zauważył Bernie. To ciężka fizyczna praca.