Szukaj według autora lub tytułu:

szukanie zaawansowane

DARMOWA WYSYŁKA
BRAKUJE: 65.00zł

nie masz książek w koszyku

karta książki

okładka
  • Tytuł oryginału: LA MISTERIOSA FIAMMA DELLA REGINA LOANA. ROMANZO ILLUSTRATO
  • Język oryginału: włoski
  • Przekład: Krzysztof Żaboklicki
  • Oprawa: twarda, obwoluta
  • Format: 155 x 240 mm
  • ISBN: 83-7392-135-4
  • Data wydania: październik 2005
  • Ilość stron: 459

nakład wyczerpany

Umberto Eco

Tajemniczy płomień królowej Loany

oprawa twarda

W 1991 roku Gambattista Boddoni, 59-letni antykwariusz, zwany Jambo, wychodzi ze śmierci klinicznej, lecz nie może sobie przypomnieć swojego imienia i nazwiska. Początkowo twierdzi za Edgarem Allanem Poe, że nazywa się Arthur Gordon Pym, następnie przerzuca się na postaci z powieści Melville'a, Kafki, D'Annunzia. Jambo zachowuje pamięć encyklopedyczną, zdobyte wykształcenie, pamięta wszystkie wydarzenia historyczne od Juliusza Cezara do Napoleona, operuje prawidłowo językiem wraz z jego idiomami, powiedzonkami, oryginalnymi aforyzmami, recytuje bezbłędnie wiersze, które kiedyś przeczytał i zmagazynował w swym umyśle, ale nie poznaje żony Paoli ani córek. Paola tłumaczy mu, jak się nazywa, że jest antykwariuszem i ma dwie córki, lecz to biografia pożyczona, narzucona przez żonę. Kim naprawdę jest Jambo?

Paola wysyła męża na wieś, do domu, w którym jako dziecko spędzał wakacje i dokąd podczas wojny został ewakuowany wraz z rodziną z Alessandrii. Jambo stara się odnaleźć zagubioną biografię przez powtórzenie lektur swego życia, które pomagają mu przywrócić zakodowane w podświadomości emocje, szuka śladów wspomnień w każdym kącie pokoju, w obrazach, w przedmiotach, zabawkach, listach i między kartkami szkolnych zeszytów. Wielki dom na pięknej piemonckiej wsi, położony wśród winnic i lasów, udzieli odpowiedzi na większość pytań, które Jambo zada swojej przeszłości i utraconym wspomnieniom.

Tajemniczy omień królowej Loany, najnowsze dzieło włoskiego mistrza, zaskoczy jego czytelników. Oprócz charakterystycznych dla Umberta Eco innowacji w zakresie techniki narracji, serwowanych hojną ręką opowieści o ludzkich losach, olbrzymiej wiedzy z różnych dziedzin nauki, a także misternej siatki aluzji, odniesień, cytatów z literatury obcej, zarówno tej wysokich lotów, jak i zupełnie niskich, Tajemniczy omień królowej Loany zawiera dwa całkiem nowe elementy. Pierwszym z nich są ilustracje z czasów młodości autora - fotografie z rodzinnego albumu, obrazki ze szkolnych podręczników, okładki książek i yt, strony gazet i kolorowych tygodników, komiksy, znaczki pocztowe, plakaty wyborcze - drugim natomiast jest obecność materiałów autobiograficznych, nieznacznie tylko zmodyfikowanych poprzez zmianę tożsamości postaci, nazw własnych czy pewne niedomówienia. Mamy tu do czynienia z autorem, który odtwarzając biografię swego pokolenia, odsłania samego siebie, snuje gęstą pajęczynę wspomnień z dzieciństwa i lat młodzieńczych.

Fragment książki

pokaż

Z dna pudła wydobyłem też pakiet listów i kartek, zaadresowanych do dziadka. Zawahałem się chwilę, bo wydało mi się świętokradztwem poznawanie jego osobistych sekretów. Potem powiedziałem sobie, że dziadek był przecież odbiorcą, nie autorem tych listów; autorom zaś nie byłem winien żadnego poszanowania.

Kartkowałem listy bez nadziei na znalezienie w nich czegoś ważnego, a tymczasem korespondenci dziadka - prawdopodobnie zaufani przyjaciele - wspominali w odpowiedziach sprawy, o których on do nich pisał; wyłaniał się stąd dokładniejszy wizerunek dziadka. Zaczynałem rozumieć, co myślał, z jakimi ludźmi obcował, z kim utrzymywał kontakt na odległość.

Jednak dopiero po zobaczeniu buteleczki mogłem zrekonstruować w pełni "polityczną fizjonomię" dziadka. Zabrało mi to trochę czasu, bo do opowiadania Amalii trzeba było podchodzić bardzo ostrożnie, ale z niektórych listów poglądy dziadka wyłaniały się dość jasno, podobnie jak pewne dane o jego przeszłości. Wreszcie jeden z korespondentów, któremu dziadek zrelacjonował w 1943 roku końcowy epizod historii z olejem, składał mu gratulacje po tym wspaniałym sukcesie.

Ale do rzeczy. Oparłem się o parapet okienny, przed sobą miałem biurko, w głębi - regały. Dopiero wtedy spostrzegłem, że na najwyższej półce regału naprzeciwko stoi buteleczka wysokości około dziesięciu centymetrów, z ciemnego szkła, staroświecki flakon na lekarstwa albo na perfumy.

Zaciekawiony wszedłem na krzesło i zdjąłem ją z półki. Była hermetycznie zamknięta zakrętką, na której pozostały jeszcze ślady opieczętowania czerwonym lakiem. Patrząc pod światło, potrząsnąłem buteleczką; wydała mi się pusta. Otworzyłem ją nie bez trudu i zobaczyłem wewnątrz jakby plamki czegoś ciemnego. Słaby zapach wydobywający się jeszcze stamtąd był zdecydowanie nieprzyjemny - jakby wysuszonej przez dziesięciolecia zgnilizny.

Zawołałem Amalię i spytałem, czy coś o tym wie. Wzniosła oczy i ramiona ku niebu, po czym wybuchnęła śmiechem.

- Ach, tam był kiedyś olej rycynowy!

- Olej rycynowy? Zdaje się, że to środek na przeczyszczenie...

- Oczywiście, podawano go jeszcze wam, dzieciom, ale po łyżeczce, żebyście zrobiły kupkę, kiedy coś pozostało w brzuszkach. A zaraz potem dwie łyżeczki cukru, żeby nie było czuć smaku. Ale panu dziadkowi panicza podano więcej, nie tylko zawartość tej buteleczki, przynajmniej trzy razy tyle!

Amalia, której tę historię opowiadał Masulu, oznajmiła na wstępie, iż dziadek sprzedawał gazety. Książki, nie gazety, sprostowałem. Ale ona upierała się, że z początku (przynajmniej ja tak to rozumiałem) sprzedawał gazety. Później zdałem sobie sprawę z nieporozumienia. W tych stronach na wsi sprzedawca dzienników jeszcze teraz nazywany jest dziennikarzem. Ona jednak mówiła "dziennikarz", w dialekcie giur-nalista, mając słusznie na myśli giornalista, czyli piszącego do gazet, ja tłumaczyłem na włoski giornalaio, sprzedawca gazet. W rzeczywistości Amalia powtarzała to, co jej opowiedziano, a dziadek rzeczywiście był kiedyś dziennikarzem, zatrudnionym w redakcji.

Jak wynikało także z korespondencji, był nim do 1922 roku, pracując w pewnym dzienniku lub czasopiśmie socjalistycznym. W tych czasach, w przeddzień marszu na Rzym, bojówkarze faszystowscy krążyli z pałkami i tłukli wywrotowców. Tym jednak, których naprawdę chcieli ukarać, kazali pić solidną porcję oleju rycynowego, aby z nich wypłukać fałszywe poglądy. Nie łyżeczkę, przynajmniej ćwierć litra. Otóż zdarzyło się, że wpadli do redakcji dziennika, w którym pracował dziadek. Biorąc pod uwagę, że urodził się około 1880 roku, w 1922 miał minimum czterdzieści lat, a napastnicy byli chłopaczyskami o wiele młodszymi. Porozbijali wszystko, z maszynami małej drukarni włącznie, meble wyrzucili przez okno, a zanim opuścili lokal i zabili drzwi dwie-, ma deskami na krzyż, złapali obu dyżurnych redaktorów, wyłoili ich bez litości i kazali się napić oleju rycynowego.

- Nie wiem, czy panicz to rozumie, paniczu Jambo. Biedak, któremu każą takie świństwo wypić, nawet jeśli dojdzie do domu na własnych nogach, to nie muszę mówić, gdzie przez następne dni siedzi. Gorsze upokorzenie trudno sobie wyobrazić, nie wolno tak ludzi traktować.

Z rad zawartych w listach pewnego mediolańskiego przyjaciela można było wysnuć wniosek, że od tej chwili - faszyści mieli zatriumfować kilka miesięcy później - dziadek postanowił porzucić dziennikarstwo i życie aktywne, założył sklepik ze starymi książkami i przetrwał w milczeniu dwadzieścia lat, dyskutując o polityce, ustnie i na piśmie, wyłącznie z zaufanymi przyjaciółmi.

Nie zapomniał jednak, kto osobiście wlewał mu olej do ust, kiedy inni bojówkarze zatykali mu nos.

- To był niejaki Merlo, pan dziadek panicza nigdy o tym nie zapomniał i przez dwadzieścia lat nie tracił go z oczu.

W istocie, niektórzy korespondenci informowali dziadka o losach Merla. Zrobił dość skromną karierę w faszystowskiej milicji, został setnikiem, zajmował się zaopatrzeniem i coś do rąk musiało mu przylgnąć, bo kupił sobie dom na wsi.

- Przepraszam, Amalio, zrozumiałem sprawę oleju, ale co naprawdę było w buteleczce?

- Nie ośmielam się powiedzieć, paniczu Jambo, to brzydka rzecz.

- Jeśli mam wszystko zrozumieć, musi mi pani powiedzieć, proszę spróbować.

No więc tylko dlatego, że ją prosiłem, Amalia spróbowała wytłumaczyć. Dziadek wrócił wtedy do domu udręczony fizycznie, ale duchowo niepokonany. Przy dwóch pierwszych wypróżnieniach nie miał czasu się namyślać, wylatywała z niego nawet dusza. Przy trzecim i czwartym wyładowaniu postanowił się załatwić do nocnika. Do tego nocnika wyciekał olej zmieszany z tym, co wypływa po wzięciu na przeczyszczenie, tłumaczyła Amalia. Dziadek opróżnił flakon wody różanej swojej żony, dobrze go wypłukał i przelał tam olej z tą cieczą. Zakręcił flakon, zapieczętował go lakiem, żeby ten likier nie wyparował i nie stracił aromatu, jak zdarza się winom.

Przechowywał buteleczkę w swoim mieszkaniu w mieście, a po przenosinach do Solary postawił ją w gabinecie. Masulu myślał widać tak samo jak on i znał całą historię, bo za każdym razem, gdy wchodził do gabinetu (Amalia podglądała i podsłuchiwała), spoglądał na buteleczkę, potem na dziadka i robił taki gest: wyciągał do przodu rękę, z dłonią skierowaną w dół, a następnie obracał dłoń do góry. Mówił jednocześnie groźnym głosem: "Jeśli się obróci...", chcąc przezto powiedzieć, że jeśli pewnego dnia sytuacja się zmieni... Na co dziadek, zwłaszcza w późniejszych czasach, odpowiadał:

"Obróci się, obróci, drogi Masulu, wylądowali już na Sycylii..."

Nadszedł wreszcie dwudziesty piąty lipca 1943 roku. Poprzedniego wieczoru Wielka Rada Faszystowska przyparła Mussoliniego do muru, król go zdymisjonował, dwóch kara-binierów wsadziło do karetki pogotowia i zawiozło Bóg wie gdzie. Faszyzm się skończył. Mogłem odtworzyć te wydarzenia na podstawie zebranych gazet. Tytuły wielkimi czcionkami, upadek ustroju.

Jeszcze bardziej zajmujący okazał się przegląd prasy z dni następnych. Pisano w niej z zadowoleniem o tłumach, strącających z cokołów posągi Duce i rozbijających faszystowskie emblematy na gmachach publicznych, o faszystowskich dostojnikach poprzebieranych po cywilnemu i wycofanych z obiegu. Dzienniki, które do dwudziestego czwartego lipca zapewniały czytelników o bohaterskiej postawie narodu włoskiego, skupionego wokół swojego Wodza, trzydziestego lipca radowały się z rozwiązania faszystowskiej izby deputowanych i z wypuszczenia na wolność więźniów politycznych. Z dnia na dzień zmienił się wprawdzie redaktor naczelny, lecz reszta zespołu musiała się składać z tych samych ludzi. Albo się dostosowali, albo po latach przymusowego gryzienia wędzidła mogli się szczerze cieszyć.

Nadeszła także godzina dziadka. "Obróciło się", powiedział lakonicznie do Masulu, a ten zrozumiał, że ma wziąć się do roboty. Wezwał dwóch chłopaków, którzy pomagali mu w polu, Stivula i Gigia, obu rosłych, z twarzami czerwonymi od słońca i wina, z potężnymi muskułami - kiedy jakiś wóz wpadł do rowu, wołano zawsze Gigia, żeby go wyciągnął gołymi rękami. Masulu wysłał ich do sąsiednich wsi, żeby się rozpytali, a dziadek tymczasem zszedł do Solary, do telefonu publicznego, żeby zebrać informacje od przyjaciół w mieście.

Trzydziestego lipca ustalono wreszcie miejsce pobytu Merla. Jego willa, czy też posiadłość wiejska, znajdowała się w Bassinasco, niedaleko Solary. Tam schronił się po cichu, żeby go nie zauważono. Nie był nigdy grubą rybą i mógł mieć nadzieję, że się o nim zapomni.

"Pojedziemy tam drugiego sierpnia - powiedział dziadek - bo dokładnie drugiego sierpnia dwadzieścia jeden lat temu ten typ wlał we mnie olej. Pojedziemy po kolacji, bo, po pierwsze, jest mniej gorąco, a po drugie, on o tej porze skończy się obżerać i nadejdzie odpowiednia chwila, żeby mu ułatwić trawienie".

Wsiedli do bryczki po zachodzie słońca i w drogę do Bassinasco.

Po przybyciu do domu Merla zapukali do drzwi, on przyszedł otworzyć jeszcze z serwetką w kratkę u szyi, co wy za jedni, twarz dziadka oczywiście nic mu nie mówiła. Wepchnęli faszystę do wnętrza, Stivulu i Gigio posadzili go na krześle i przytrzymali od tyłu mocno za ramiona, Masulu ścisnął mu nos dwoma palcami, którymi mógł wyciągać korki z kilkulitrowych butelek.

Dziadek spokojnie przypomniał sprawę sprzed dwudziestu jeden lat; Merlo potrząsał przecząco głową, jakby chciał powiedzieć, że to pomyłka, że on nigdy nie zajmował się polityką. Po zakończeniu wyjaśnień dziadek przypomniał jeszcze, że zanim Merlo wlał mu olej do gardła, zachęcił go kilkoma uderzeniami pałki do wzniesienia z zatkanym nosem faszystowskiego okrzyku alala. Ja, powiedział, jestem nastawiony pokojowo i nie chcę używać kija, więc ty powinieneś uprzejmie wykazać dobrą wolę i zawołać od razu alala, to unikniemy kłopotliwej sceny. No i Merlo, przez zatkany nos, zawołał emfatycznie alala, co było zresztą jedną z niewielu rzeczy, które nauczył się robić.

Potem dziadek wepchnął mu flakonik do ust i zmusił do połknięcia całej jego zawartości - oleju z rozpuszczonymi w nim odchodami, zestarzałego się należycie we właściwej temperaturze, rocznik 1922, jakość gwarantowana.

Kiedy wychodzili, Merlo klęczał z twarzą nad cegłami podłogi, usiłując zwymiotować, ale - ponieważ pozostawał przedtem wystarczająco długo z zatkanym nosem - napój spłynął mu głęboko do żołądka.

Amalia nigdy nie widziała dziadka tak rozradowanego jak tego wieczoru po powrocie do domu. Merlo, zdaje się, tak się przestraszył, że nawet po ósmym września - kiedy król ogłosił zawieszenie broni i uciekł z Rzymu do Brindisi, Niemcy uwolnili Duce i faszyści znowu wrócili - nie przystąpił do ich Republiki Socjalnej, woląc pozostać u siebie i uprawiać ogród. Teraz ten wstrętny typ też już chyba nie żyje, mówiła Amalia, według której nawet gdyby chciał się wtedy zemścić i donieść o wszystkim faszystom, był tego wieczoru tak przerażony, żenie pamiętał twarzy łudzi, którzy do niego przybyli, a Bóg wie ilu innych zmusił kiedyś do picia oleju.

- Moim zdaniem ktoś z tych innych też miał go na oku i takich buteleczek wlano w niego kilka, mówię paniczowi, proszę mi wierzyć, przez takie sprawy przechodzi człowiekowi ochota zajmować się polityką.

Taki był więc dziadek i tym tłumaczyły się podkreślenia w gazetach i słuchanie Radia Londyn. Czekał, aż się obróci.

Znalazłem egzemplarz ulotki z datą dwudziesty siódmy lipca, w której radość z upadku faszystowskiego reżimu wyrażały we wspólnej deklaracji: Demokracja Chrześcijańska, Partia Czynu, Partia Komunistyczna, Włoska Partia Socjalistyczna Jedności Proletariackiej i Partia Liberalna. Jeśli tę ulotkę wtedy widziałem - a widziałem z pewnością - musiałem od razu zauważyć, że te partie, natychmiast zabierające głos, istniały już wcześniej gdzieś w podziemiu. Może dzięki temu zacząłem pojmować, czym jest demokracja.

Dziadek zbierał również gazety Republiki Socjalnej. W jednej z nich, "II Popolo di Alessandria" (co za niespodzianka, pisywał do niej także Ezra Pound!), publikowano bezlitosne karykatury wymierzone w króla, którego faszyści nie cierpieli nie tylko dlatego, że kazał uwięzić Mussoliniego, lecz także dlatego, że ogłosił zawieszenie broni i uciekł na Południe, do nienawistnych wojsk anglo-amerykańskich. Wykpiwano także jego syna Humberta, który mu towarzyszył. Obu przedstawiano niezmiennie w trakcie ucieczki, wznoszących obłoczki kurzu: król mały, prawie karzełek, książę wysoki jak tyka. Pierwszego nazywano Szybkonóżką, drugiego - Nieszczęsnym Sukcesorem. Paola powiedziała mi, że miałem zawsze republikańskie przekonania. Pierwszą lekcję otrzymałem, jak widać, od tych właśnie, którzy króla uczynili cesarzem Etiopii. Niezbadane są drogi Opatrzności.

Spytałem Amalię, czy dziadek opowiedział mi historię z olejem.

- Jakżeby nie? Zaraz następnego dnia. Był taki zadowolony! Jak tylko panicz się obudził, usiadł na brzegu łóżka i opowiedział o wszystkim, pokazując buteleczkę.

- A ja?

- A pan, paniczu Jambo... widzę panicza, jakby to było dzisiaj... klaskał w ręce i wołał: "Brawo, dziadku, jesteś lepszy od Gudona!"

- Od Gudona? Co to takiego?

- A skąd mam wiedzieć? Ale tak właśnie panicz wołał, przysięgam, jestem pewna, jakbym to słyszała w tej chwili.

Nie Gudona, ale Gordona. W wyczynie dziadka sławiłem bunt Flasha Gordona przeciw Mingowi, tyranowi Mongo.

Umberto Eco

Umberto Eco, jeden z najsłynniejszych naukowców i pisarzy XX wieku, urodził się w Alessandrii w Piemoncie w 1932 roku. Region ten jest położony przy granicy włosko-francuskiej. Uważa się, że Piemontyczycy mają silne poczucie niezależności, charakterem bardziej przypominają flegmatycznych Francuzów niż wybuchowych Włochów z południa. Eco często przywołuje wychowanie w tamtejszej kulturze, które miało silnie naznaczyć jego pisarski temperament: „Niektóre elementy tamtego myślenia są dla mnie fundamentalne: sceptycyzm i niechęć do retoryki, niepopadanie w przesadę, nieczynienie pompatycznych założeń”.
Zmuszony przez ojca podjął studia prawnicze na Uniwersytecie w Turynie. Wkrótce jednak porzucił je i zaczął studiować literaturę i kulturę średniowiecza, uzyskał tytuł doktora (jego praca poświęcona była św. Tomaszowi z Akwinu). Następnie rozpoczął pracę redaktora w mediolańskiej stacji telewizji RAI. W 1959 roku został redaktorem naczelnym w mediolańskim wydawnictwie Bompiani. Jednocześnie wykładał na uniwersytetach w Turynie i Mediolanie. W 1971 przyjął stanowisko profesora semiotyki na najstarszym europejskim uniwersytecie - w Bolonii. W swojej pracy badawczej zajmuje się m.in. semiotyką, teorią literatury, estetyką średniowieczną i środkami przekazu. Do jego najważniejszych publikacji przetłumaczonych na język polski należą: Dzieło otwarte, Pejzaż semiotyczny, Lector in fabula, Superman w literaturze masowej. Bogaty dorobek naukowy to zaledwie część obfitej i urozmaiconej twórczości Eco, obejmującej ponadto felietony, parodie literackie, komiksy, sztuki dla dzieci, przede wszystkim zaś kilka znakomitych powieści.
Wierny swemu przeświadczeniu, że podział na kulturę niską i wysoką nie ma żadnego uzasadnienia, a erudycję można z powodzeniem połączyć z sensacyjną akcją, w roku 1980 wydał swoją pierwszą powieść, Imię róży, która przyniosła mu wielką sławę i stała się jednym z największych bestsellerów w historii literatury. Przetłumaczona na trzydzieści języków, doczekała się również adaptacji filmowej. Kolejne powieści - Wahadło Foucaulta (1988) i Wyspa dnia poprzedniego (1994), Baudolino (2000), Tajemniczy płomień królowej Loany (2004) oraz najnowsza, Cmentarz w Pradze (2010) - utwierdziły pisarską sławę Eco. Niezwykła umiejętność łączenia powieści sensacyjnej, historycznej i traktatu filozoficznego, ogromna wiedza oraz głęboka znajomość konwencji narracyjnych pozwalają mu tworzyć fabuły wielowarstwowe, atrakcyjne zarówno dla miłośników powieści detektywistycznych jak i czytelników o wyrafinowanych gustach literackich.
Po wydaniu Imienia róży (wydawnictwo przewidywało, że sprzeda 30 000 egzemplarzy, a sprzedało się ponad 9 milionów) Eco niespodziewanie stał się bohaterem świata mediów, co było dla niego jednocześnie zabawne i irytujące. Jest znany z gwałtownego sposobu prowadzenia dyskusji, opisuje samego siebie jako „osobowość polichroniczną”, kogoś, kto „musi rozpoczynać wiele działań na raz, mieszając je ze sobą i łącząc". Mówi, że gdyby nie miał wielu rzeczy do zrobienia, całkiem by się pogubił.
Autor dwukrotnie odwiedził Polskę: po raz pierwszy w 1968 roku, jako mało znany włoski uczony, i w roku 1996, jako słynny pisarz, oblegany przez tłumy miłośników jego twórczości, kiedy to został uhonorowany przez warszawską Akademię Sztuk Pięknych tytułem doktora honoris causa.

 

Z tą książką zamawiano również:

Cena: 27.30 zł

Cena: 39.00 zł

Cena: 38.50 zł

Cena: 55.00 zł

Cena: 34.30 zł

Cena: 49.00 zł

Recenzje:

Data 3 listopada 2009

Autor Andrzej Kamiński

Ocena: 

,,Tajemniczy płomień królowej Loany” to jak dotąd ostatnia powieść Umberta Eco. Konia z rzędem temu, kto – nie przeczytawszy tego dzieła - wie, kimże jest owa monarchini. A to postać o tyle ważna, że pełni tutaj funkcję zbliżoną do bodaj najbardziej znanego ciasteczka w dziejach literatury. O jakim ciastku mowa? Kto nie rozpoczął wędrówki w stronę Swanna, ten się nie dowie. Jak widać – woal tajemnicy może unosić się nie tylko nad poczynaniami mnicha Ambrozjo, tudzież wielebnego Klaudiusza Frollo bądź innych Opętanych. Tajemniczość bowiem to – zaiste - kuszący chwyt również dla recenzenta. Jacques Sauniere – przemawiający nawet zza grobu i chyba – o ile można tak się wyrazić - najsłynniejszy trup literatury XXI wieku – w takiej chwili stworzyłby zapewne skomplikowany szyfr anagramowy, który odsyłałby do innego anagramu, który z kolei...etc.etc. Wróćmy jednakowoż do meritum. Śmiem twierdzić, iż obojętność wobec książek Umberta Eco zakrawa na postawę niemalże dyletancką, albowiem światowa literatura ostatniego dwudziestolecia byłaby bez prozy włoskiego semiotyka znacznie uboższa. Byłaby tym, czym piłka nożna bez znakomitego Zinedine'a Zidane'a. Owszem - może jest to cokolwiek niefortunne porównanie, lecz bez wątpienia dające bardzo licznej grupie ludzi pewne wyobrażenie u umiejętnościach Umberta Eco. Któż bowiem nie słyszał o niezwykłych zdolnościach francuskiego gracza? I tak samo należy docenić kunszt pisarstwa autora „Imienia róży”. A kto już ulegnie nieodpartemu urokowi, jaki rzucają na czytelnika powieści Eco, ten zapragnie następnych niczym kolejnych dawek alkoholu pragnął Geoffrey Firmin w egzotycznej scenerii meksykańskiego miasta. Problem jednak polega na tym, że Eco wydaje swe powieści średnio co 5-6 lat. Warto jednak czekać, ponieważ świat w nich wykreowany przyciąga jak magnes. Czytanie tej prozy to wręcz metafizyczna podróż, niezwykła przygoda, ale nie w konwencji „Robinsona Crusoe” czy utworów Emilia Salgariego, lecz przygoda par excellence intelektualna. Nie inaczej rzecz ma się z „Tajemniczym płomieniem królowej Loany”. Z pozoru książka sprawia wrażenie skierowanej głównie do tzw. czytelnika masowego. Jest bogato ilustrowana, a po przeczytaniu początkowych fragmentów fabuła wydaje się być mało skomplikowana, z lekką nutką sensacji. Ale to wrażenie szybko mija, ponieważ w rzeczywistości dzieło zadziwia niezwykle bogatą gamą motywów, aluzji i odniesień. Czytając tę powieść, właściwie błądzimy w niej – tak jak we mgle przeszłości błądzi główny bohater Jambo, którego inklinacje naukowe przywołują pewne skojarzenia z Piotrem Kienem, a ów onegdaj był przecież najwybitniejszym żyjącym sinologiem. Eco pozwolił sobie więc – do czego zresztą miał prawo - na dość znaczne zagęszczenie nawiązań, cytatów i poruszanych zagadnień. A ponadto w jego powieści nic nie jest oczywiste. Autor rozważa szereg problemów – głównie natury filozoficznej – ale ostatecznie nie podaje gotowych rozwiązań. Pozostawia jedynie wskazówki, gdyż czytelnik sam musi rozwikłać zagadkę czasu i przemijania bądź zgłębić istotę metafory raju utraconego czy mitu wiecznego powrotu. -Królestwo za egzemplarz „Tajemniczego płomienia...”! – taki okrzyk powinien teraz wypłynąć z ust tłumu potencjalnych miłośników. Ale – po pierwsze – wystarczy pójść do księgarni, bo takie rzeczy to nie tylko w Erze, a po wtóre - większość ludzi sięga po lekturę w głównej mierze dla rozrywki, a nie po to, by trudzić się, pocić i sapać w trakcie rozważań natury filozoficzno – psychologiczno – socjologicznej. Dlatego trzeba tutaj nadmienić, iż najnowsze dzieło włoskiego pisarza to również niezwykła swoboda narracyjna. Jeśli do tego dodać tajemnicze okoliczności utraty pamięci głównego bohatera, fragmenty opowiadające o niebanalnych zdarzeniach, rozgrywających się w czasie II wojny światowej, czy zadziwiający wątek miłosny – notabene przypominający nieco historię uczucia Florentina Arizy - to okaże się, że powieść U. Eco jest lekturą atrakcyjną dla szerokiego grona odbiorców. Mamy w niej przygodę, romans, grozę, sensację i dyskurs filozoficzny, a na to wszystko autor narzucił jeszcze intertekstualną sieć, z której nie tak łatwo jest się wyplątać. Widać zatem, że w dziele tym każdy znajdzie coś dla siebie. Umberto Eco zabiera czytelnika w niezwykłą podróż, a ów towarzyszy mu w poszukiwaniu utraconego (nie straconego!) czasu, a być może także w poszukiwaniu wieczności, ale również w próbie odnalezienia istoty własnego ego, w próbie dotarcia do tego, co ukryte. Dzięki zastosowanym przez pisarza chwytom i konwencjom wędrówka ta staje się czystą przyjemnością. Na szczególną uwagę zasługuje zakończenie powieści, ponieważ pozostawia ono w odbiorcy niezapomniane wrażenie. Finał jest szalony i zupełnie niespodziewany. Przywodzi na myśl szereg zróżnicowanych i dość swobodnych skojarzeń, jak choćby rewię w iście amerykańskim stylu, rzeczywistość rodem z powieści fantasy, ale też motyw dance macabre ze średniowiecznych malowideł, jakiś infernalny pochód czy niemalże apokaliptyczną wizję. Krótko mówiąc – finis coronat opus.

Działy i serie