Szukaj według autora lub tytułu:

szukanie zaawansowane

DARMOWA WYSYŁKA
BRAKUJE: 65.00zł

nie masz książek w koszyku

karta książki

okładka
  • Tytuł oryginału: PELAGIJA I BIEŁYJ BULDOG
  • Język oryginału: rosyjski
  • Przekład: Wiktor Dłuski
  • Oprawa: broszurowa
  • Format: 120 × 170 mm
  • ISBN: 978-83-7392-241-9
  • Data wydania: sierpień 2007, wydanie II
  • Ilość stron: 336

nakład wyczerpany

Borys Akunin

Pelagia i biały buldog

cykl "Kryminał prowincjonalny"

Przedstawiamy Czytelnikom książkę, która stanowi pierwszy tom nowego cyklu powieści sensacyjnych Borysa Akunina. Akcja rozgrywa się w niepowtarzalnej atmosferze XIX-wiecznego Zawołża, a bohaterką jest młoda mniszka Pelagia, której pasją jest... rozwiązywanie zagadek kryminalnych. Dzielnie jej w tym sekunduje sam władyka, biskup Mitrofaniusz.

Wszystko się zaczyna od listu ciotki biskupa, starej generałowej Tatiszczewej, utrzymującej, że ktoś dybie na życie jej ukochanych białych buldogów. Pelagia udaje się zatem do majątku generałowej, gdzie poznaje "miłych ludzi", których wszakże łączą zagadkowe powiązania. Wydaje się, że trwa ostra walka o spadek.

Wśród bohaterów dramatu jest też przybysz z Petersburga, inspektor Świętego Synodu, Bubiencow. Niektórzy dostrzegają w nim wcielenie Zła, ponieważ podczas jego pobytu w Zawołżsku dochodzi do morderstw i skandalu. Bezwzględny urzędnik stara się skompromitować biskupa, twierdząc, że na podległym mu terenie praktykuje się okrutne pogańskie obrzędy. Mitrofaniusz jednak nie zamierza oddać pola bez walki. Z pomocą spieszy mu Pelagia, a śledztwo, które rozpoczęła w majątku generałowej, prowadzi do nieoczekiwanych rozstrzygnięć także w sprawie Bubiencowa.

Fragment książki

pokaż

Wielu wróżyło Mitrofaniuszowi w najbliższej przyszłości biały kłobuk metropolity, ale on, ku zdumieniu wszystkich, jeszcze raz zboczył z ubitej drogi - ni stąd, ni zowąd po­prosił, by go znów posłano w naszą głuszę, i choć długo próbowano mu to wyperswadować, to ku radości Zawołżan odprawiono go z Bogiem, a on już nigdy nie opuszczał tutejszej skromnej, oddalonej od stolicy katedry.

Ale co z tego, że oddalonej. Dawno wiadomo, że im da­lej od stolicy, tym do Pana Boga bliżej. A stolica i przez ty­siąc wiorst potrafi dosięgnąć, jeśli jej, wysoko rozsiadłej, daleko widzącej, strzeli do głowy taka fantazja.

I przez taką właśnie fantazję nie spał tej nocy władyka, bez przyjemności słuchając uprzykrzonego cykadowego crescendo. Stołeczna fantazja miała twarz i nazwisko, była bowiem inspektorem Synodu i nazywała się Bubiencow, i właśnie rozmyślając o tym, jak by tu utrzeć nosa temu zło­wrogiemu jegomościowi, przewielebny już setny raz prze­wracał się z boku na bok na miękkiej, kaczym puchem na­bitej pierzynie, postękiwał, wzdychał, a czasem nawet wyda­wał z siebie żałośliwe: "Och!"

Łoże w biskupiej sypialni było szczególne, starodawne, z elżbietańskich jeszcze czasów pochodzące, ze wspartym na czterech słupach baldachimem w postaci rozgwieżdżo­nego nieba. W czasach wspomnianego już zapału do ascezy Mitrofaniusz spał doskonale i na słomie, i na gołych deskach, dopóki nie doszedł do wniosku, że umartwianie to głupota i na nic się nie zda, bo przecież nie po to Pan ule­pił nasze ciało na swój obraz i podobieństwo, by się nad nim znęcać, a do tego nie przystoi arcypasterzowi popisy­wać się przed podlegającym mu duchowieństwem i narzu­cać mu samoudręczeń, do których nie wszyscy wszak mają duchowy pociąg i których zresztą reguła kościelna nie wy­maga. W dojrzałym wieku zaczął przewielebny skłaniać się coraz bardziej do zdania, że prawdziwe próby niebo zsyła na człowieka nie w sferze fizjologicznej, lecz duchowej, a niszczenie ciała nie zawsze pociąga za sobą zbawienie du­szy. Dlatego biskupie komnaty urządzone są nie gorzej od gubernatorskiego domu, stół w refektarzu jest nawet niepo­równanie lepszy, a w sadzie jabłkowym - pierwszym w całym mieście - stoją altanki, rotundy i nie brak też fontan­ny. Spokojnie tam, cieniście, dobrze się rozmyśla, niechętni zaś niech tam sobie szepczą, cóż - złego jęzora nie wsa­dzisz do wora.

A z perfidnym kontrolerem Bubiencowem oto jak postą­pić należy - umyślił władyka. Nasamprzód napisać do Pe­tersburga do Konstantego Pietrowicza o wszystkich wyczy­nach jego zaufanego nuncjusza i o tym, jakie nieszczęścia mogą z tych sztuczek wyniknąć dla Cerkwi. Oberprokurator to człowiek rozumny. Może się nad tym zastanowi. Ale do listu się nie ograniczać, tylko koniecznie wezwać na roz­mowę gubernatorową Ludmiłę Płatonownę - przemówić jej do sumienia, zawstydzić. Kobieta z niej dobra i uczciwa. Powinna się opamiętać.

I wszystko się ułoży. Jakie to proste.

Ale chociaż już sercu ulżyło, sen wciąż nie przychodził, a winien temu był nie okrągły księżyc ani nawet nie cykady.

Znając swoją naturę i mając zwyczaj najstaranniej, do ostatniej śrubki, sprawdzać pracę jej mechanizmu, Mitrofaniusz zaczął kalkulować, co to za robak go gryzie i nie dozwala rozumowi otoczyć się obłokiem snu. Gdzie przyczyna?

Czyżby dzisiejsza rozmowa z szurniętą nowicjuszką, szlachcianeczką, której odmówiono postrzyżyn zakonnych? Władyka nie patyczkował się z nią, palnął prosto z mostu: "Ty, córko moja, nie potrzebujesz najsłodszego Niebiań­skiego Oblubieńca, tak tylko ci się zdaje. Tobie najzwyczajniejszego narzeczonego trzeba, z urzędniczego stanu, a jesz­cze lepiej - oficera. Z wąsami!" Rzecz jasna, nie należało tak... Skutkiem był atak histerii i długie handryczenie się. No, ale mniejsza o to, głupstwo. Co jeszcze?

Trzeba było podjąć nieprzyjemną decyzję w sprawie ojca ekonoma z monasteru Bogojawleńskiego. Za burdy po pija­nemu i rozpustne odwiedzanie kobiet złej konduity winowaj­ca został skazany na usunięcie z klasztoru i przywrócenie do stanu świeckiego. Teraz zacznie się pisanina - i do ekscelen­cji, i do Synodu. Ale i to była zwykła sprawa, nie w niej kry­ła się przyczyna niepokoju.

Mitrofaniusz pomyślał jeszcze trochę, pomacał sam w so­bie, zabawił się w ciepło-zimno, jak bywało w dzieciństwie, i nagle zrozumiał: list od ciotki, generałowej Tatiszczewej, to jest właśnie ten robak, co go gryzie. Aż sam się zdziwił, ale serce od razu potwierdziło - ciepło, ba, gorąco! Niby głup­stwo, a w duszy coś spokoju nie daje. No to jak, wziąć? Prze­czytać?

Usiadł na łóżku, zapalił świecę, założył pince-nez. Gdzie ten list? O, jest, na nocnym stoliku.

"Miły mój Misza - pisała staruszka, Maria Afanasjewna, z przyzwyczajenia nazywając krewniaka dawno zapo­mnianym świeckim imieniem - jak zdrowie? Dała Ci spo­kój podagra przeklęta? Przykładasz liście kapuściane, jak Ci kazałam? Nieboszczyk Apoloniusz Nikołajewicz zawsze mówił, że..." Dalej następował obszerny opis cudownych właściwości kapusty ogrodowej i przewielebny niecierpliwie prześlizgnął się po linijkach, pisanych równym, staroświec­kim pismem. Oczy zatrzymały się na nieprzyjemnym nazwi­sku. "Znów mnie odwiedził Włodzimierz Lwowicz Bubiencow. A czegóż to o nim nie wygadywali, że niby oczajdusza i prawie morderca! Przyjemny młody człowiek, spodobał mi się. Bezpośredni, bez fanaberii i na psach się rozumie. Wiesz, że on, okazuje się, jest ze mną spokrewniony przez Striechninów? Moja babcia, Adelajda Siekandrowna, secundo voto..." Nie, nie, to też nie to, idźmy dalej.

Aha, tutaj: "...Ale to wszystko do sprawy nie należy, a pi­sałam tylko dlatego, że ze słabości serca zwlekałam z przej­ściem do najważniejszego. Ledwie się wezmę w garść, na du­chu umocnię, znowu łzy płyną jak dwa strumyki, i ręka drży, i w piersi zimno ściska. Piszę do Ciebie, Misza, nie ot tak so­bie. Wielkie mam zmartwienie, i to takie, że ty jeden mnie zrozumiesz, a inni tylko patrzeć, jak wyśmieją, powiedzą: całkiem rozum straciła stara wariatka. Sama bym chciała do Ciebie przyjechać, ale siły nie ma, chociaż droga niby nieda­leka. Leżę jak kłoda i nic, tylko płaczę i płaczę. Wiesz sam, ile lat, ile sił i środków w to włożyłam, żeby doprowadzić do końca dzieło, któremu Apoloniusz Nikołajewicz życie po­święcił". (W tym miejscu władyka pokiwał głową, jako że do sprawy, której wujaszek nieboszczyk życie poświęcił, odnosił się sceptycznie). "Dowiedz się więc, przyjacielu mój, co za nikczemność zdarzyła się u mnie w Drozdowce. Jakiś drań, i to nie inaczej, tylko ktoś ze swoich, podsypał trucizny do miseczki Hulajowi i Łapajowi. Łapaja, że młodszy, emety-kiem uratowałam, śmierci wydarłam, ale Hulajuś mój zgasł. Całą noc cierpiał, rzucał się, ludzkimi łzami płakał i patrzył na mnie tak żałośnie: poratuj, niby, matuś, w tobie cała moja nadzieja. Nie uratowałam. Już nad ranem zaskowyczał bo­leśnie, przekręcił się na bok i ducha wyzionął. Padłam bez przytomności i powiadają, że trzy godziny w tym stanie przebyłam, nawet i doktor z miasta zdążył przyjechać. A te­raz leżę całkiem słaba, ale najwięcej ze strachu. Przecież to spisek, Michasiu, nikczemny spisek. Ktoś chce zgładzić moje dzieciaczki, a z nimi i mnie, staruchę. Na Boga Wszechmo­gącego błagam Cię, przyjeżdżaj. I nie z pociechą pasterską, ja jej nie potrzebuję, tylko żeby przeprowadzić śledztwo. Wszyscy mówią, że taki masz dar - każdego drania na wskroś widzisz i każdą zbrodniczą intrygę przenikniesz. A czy można sobie wyobrazić bardziej bezecny uczynek? Naprawdę, przyjeżdżaj, poratuj. Wieczną twoją wielbicielką będę, a w testamencie szczodry legat umieszczę, czy to na świątynię, czy to na klasztor jakiś, czy to na sieroty". Na sa­mym końcu listu ciotka przechodziła z tonu familiarnego na oficjalny i pełen szacunku: "Polecając się ojcowskiej uwadze, arcypasterskim modlitwom i o biskupie błogosławieństwo błagając, pozostaję oddaną sługą Waszej Przewielebności, Maria Tatiszczewa".

Tu chyba wypadałoby wyjaśnić sprawę daru, o którym pisała generałowa Tatiszczewa, a który duchownej osobie biskupiej rangi jakby niezupełnie przystoi. Tak czy inaczej, wśród innych, wznioślejszych zalet przypisywano władyce również drogocenny, rzadko spotykany talent rozwiązywa­nia wszelakich najbardziej nawet zawikłanych zagadek, zwłaszcza mających przestępcze tło. Można powiedzieć, że Mitrofaniusz żywił prawdziwą namiętność do takiej gimna­styki umysłowej, i zdarzało się nieraz, że władze policyjne, nawet z sąsiednich guberni, pokornie prosiły go o radę, kie­dy miały do czynienia z jakimś zagmatwanym śledztwem. Biskup zawołżski w duchu bardzo szczycił się swoją sławą, ale z niezupełnie czystym sumieniem - po pierwsze dlate­go, że duma niewątpliwie zaliczała się do uczuć czczych i marnych, po drugie zaś z jeszcze jednej przyczyny, którą pominiemy milczeniem, jako że znał ją tylko on sam i jesz­cze pewna osoba.

Borys Akunin

Boris Akunin (właśc. Grigorij Czchartiszwili), eseista, tłumacz i pisarz, urodził się w 1956 roku w Gruzji; od 1958 mieszka w Moskwie. Znany jest przede wszystkim jako autor tłumaczonych na wiele języków serii powieści kryminalnych: "Przygody Erasta Fandorina", "Prikluczenija magistra" ("Przygody magistra") i "Prowincjonalny kryminał, czyli przygody siostry Pelagii" - ten ostatni cykl ukazuje się w naszej oficynie. Jego utwory reprezentują tzw. literaturę środka, plasując się pomiędzy wielką literaturą rosyjską a literaturą sensacyjną. W roku 2000 Akunin otrzymał zaszczytny tytuł rosyjskiego pisarza roku.

Z tą książką zamawiano również:

Cena: 23.40 zł

Cena: 26.00 zł

Cena: 27.90 zł

Cena: 31.00 zł

Działy i serie