Szukaj według autora lub tytułu:

szukanie zaawansowane

DARMOWA WYSYŁKA
BRAKUJE: 65.00zł

nie masz książek w koszyku

karta książki

okładka
  • Tytuł oryginału: IL NOME DELLA ROSA
  • Język oryginału: włoski
  • Przekład: Adam Szymanowski, przekład tekstów łacińskich Grzegorz Błachowicz
  • Oprawa: twarda z obwolutą
  • ISBN: 978-83-7392-337-9
  • Data wydania: maj, 2011
  • Ilość stron: 752

chwilowo niedostępny

Umberto Eco

Imię róży

Listopad 1327 roku. Do znamienitego opactwa benedyktynów w północnych Włoszech przybywa uczony franciszkanin, Wilhelm z Baskerville, któremu towarzyszy uczeń i sekretarz, nowicjusz Adso z Melku. W klasztorze panuje ponury nastrój. Opat zwraca się do Wilhelma z prośbą o pomoc w rozwikłaniu zagadki tajemniczej śmierci jednego z mnichów. Sprawa jest nagląca, gdyż za kilka dni w opactwie ma się odbyć ważna debata teologiczna, w której wezmą udział dostojnicy kościelni, z wielkim inkwizytorem Bernardem Gui na czele. Tymczasem dochodzi do kolejnych morderstw. Przenikliwy Anglik orientuje się, że wyjaśnienia mrocznego sekretu należy szukać w klasztornej bibliotece. Bogaty księgozbiór, w którym nie brak dzieł uważanych za niebezpieczne, mieści się w salach tworzących labirynt. Intruz może tam łatwo zabłądzić, a nawet - jak krążą słuchy - postradać zmysły. Powieść ukazała się po raz pierwszy w 1980 roku. Jej sukces czytelniczy był wielkim zaskoczeniem dla teoretyków i krytyków literatury. Dziś Imię róży zalicza się powszechnie do arcydzieł XX wieku.

Fragment książki

pokaż

Kiedy nasze muły pokonywały mozolnie ostatni zakręt zbocza w miejscu, gdzie główna droga rozgałęziała się, dając początek dwóm nowym, biegnącym równolegle ścieżkom, mój mistrz zatrzymał się na chwilę, spojrzał na obie strony drogi, na samą drogę oraz w górę na rząd sosen, tworzących na krótkim odcinku naturalny okap posiwiały od śniegu.

 

Bogate opactwo - rzekł. - Opat lubi pokazać się w uroczystych chwilach.

 

Przywykłem już do jego najosobliwszych stwierdzeń, więc nie zadałem żadnego pytania. Również dlatego, że po przebyciu dalszego kawałka drogi usłyszeliśmy jakiś zgiełk i zza zakrętu ukazał się oddziałek podnieconych mnichów i sług. Jeden z nich, kiedy nas zobaczył, ruszył naprzeciw i rzekł wielce uprzejmie:

 

Witaj, panie, i nie dziw się, że domyślam się, kim jesteś, albowiem uprzedzono nas o twoim przybyciu. Jestem Remigiusz z Varagine, klucznik klasztoru. A jeśli ty jesteś, jak przypuszczam, bratem Wilhelmem z Bascavilli, trzeba nam zawiadomić opata. Ty - rozkazał, odwracając się do jednego z orszaku - ruszaj do góry z nowiną, że nasz gość wkroczy niebawem w mury opactwa!

 

Dziękuję ci, panie kluczniku - odparł życzliwie mój mistrz - i tym droższa mi twoja uprzejmość, że dla powitania nas przerwaliście pogoń. Lecz nie martw się, koń przegalopował tędy i ruszył ścieżką po prawej stronie. Nie oddali się zbytnio, gdyż będzie musiał się zatrzymać, kiedy dotrze do miejsca, gdzie wyrzucacie zużytą ściółkę. Jest zbyt mądrym zwierzęciem, żeby zapuszczać się na stromy teren...

 

Kiedy go widziałeś? - zapytał klucznik.

 

Prawdę rzekłszy, nie widzieliśmy go, czyż nie tak,  Adso? - powiedział Wilhelm, zwracając w moją stronę rozbawione lico. - Ale jeśli szukacie Brunellusa, zwierzę powinno być w miejscu, które wskazałem.

 

Klucznik zawahał się. Spojrzał na Wilhelma, później na ścieżkę, a w końcu spytał:

 

Brunellusa? Skąd wiesz?

 

Jakże to? - rzekł Wilhelm. - Jest przecież rzeczą oczywistą, że szukacie Brunellusa, umiłowanego konia opata, najlepszego bieguna w waszej stajni, karej maści, wysokiego na pięć stóp: pyszny ogon, kopyta krągłe i małe, ale galop dosyć regularny; łeb drobny, uszy spiczaste, lecz ślepia duże. Pomknął w prawo, mówię wam, i tak czy inaczej musicie się pospieszyć.

 

Klucznik zawahał się przez chwilę, potem skinął na swoich ludzi i ruszył prawą ścieżką, a nasze muły też podjęły wspinaczkę. Już miałem zadać Wilhelmowi pytanie, gdyż dręczyła mnie ciekawość, ale dał mi znak, bym zaczekał; w istocie, po kilku minutach usłyszeliśmy okrzyki radości i zza zakrętu ukazali się mnisi i słudzy, prowadząc konia za wędzidło. Wyprzedzili nas bokiem, w dalszym ciągu przyglądając się nam z lekkim osłupieniem, i ruszyli przodem w kierunku opactwa. Wydaje mi się także, iż Wilhelm ściągnął nieco cugle swojemu wierzchowcowi, żeby dać mnichom czas na opowiedzenie o tym, co się  wydarzyło. Rzeczywiście, miałem sposobność przekonać się, że mój mistrz, choć pod każdym względem człek najświetniejszych cnót, kiedy tylko mógł pokazać, jak bardzo jest przenikliwy, folgował przywarze próżności, a ponieważ doceniałem już dar dyplomatycznej subtelności, zrozumiałem, że chciał dotrzeć do celu podróży poprzedzony niewzruszoną sławą mędrca.

 

A teraz powiedz mi, proszę - nie wytrzymałem w końcu - skąd to wszystko wiedziałeś.

 

Mój poczciwy Adso - odparł mistrz. - W ciągu całej  podróży uczę cię rozpoznawać znaki, przez które świat do nas przemawia niby wielka księga. Alanus ab Insulis powiada że

 

omnis mundi creatura quasi liber et pictura nobis est in speculum*

 

mając na myśli niewyczerpane zasoby symboli, którymi Bóg mówi nam poprzez swoje dzieło stworzenia o życiu wiecznym. Ale świat jest jeszcze bardziej wymowny, niż myślał Alanus, i nie tylko mówi o rzeczach ostatecznych (w którym to przypadku wyraża się zawsze w sposób niejasny), ale również o wszystkim, co nas otacza, i wtedy wyraża się całkowicie jasno. Prawie wstydzę się, że muszę powtarzać ci to, o czym winieneś wiedzieć. Na skrzyżowaniu dróg, w świeżym jeszcze śniegu, wyraźnie rysowały się odciski kopyt końskich, biegnące w kierunku ścieżki po nasze lewej ręce. Te odciski, rozmieszczone w sporej i jednakowej odległości jedne od drugich, były małe i okrągłe, wskazywały zatem na bardzo regularny galop - stąd mogłem wywnioskować o charakterze konia, i o tym, że nie pędził byle gdzie, jak to czyni zwierzę spłoszone. W miejscu, gdzie sosny tworzą jakby naturalny okap, niektóre gałązki były świeżo ułamane na wysokości pięciu stóp. Na jednym z tych krzaków morwy, tam gdzie zwierzę musiało zawrócić, żeby ruszyć dalej ścieżką po swojej prawej stronie, powiewając przy tym pysznym ogonem, utkwiło między igiełkami długie, czarne włosie... Nie powiesz mi, na koniec, że nie wiesz, że ta ścieżka prowadzi do miejsca, gdzie wyrzuca się ściółkę, pokonując bowiem  dolny zakręt, widzieliśmy pianę nieczystości spływających stromo u stóp baszty południowej i brukających śnieg; a przy takim położeniu rozstajów ścieżka mogła prowadzić jedynie w tamtym właśnie kierunku.

 

Tak - powiedziałem - ale drobny łeb, spiczaste uszy, wielkie ślepia...

 

Nie wiem, czy ma to wszystko, ale z pewnością mnisi święcie w owe przymioty wierzą. Izydor z Sewilli powiedział, że piękno konia wymaga, ut exiguum caput et siccum prope pelle ossibus adhaerente, aures breves et argutae, oculi magni, nares patulae, erecta cervix, coma densa et cauda, ungularum soliditate fixa rotunditas**. Gdyby koń, o którym wydedukowałem, że tędy przegalopował, nie był naprawdę najlepszym koniem w stajni, czemu w pogoń za nim ruszyć by mieli nie tylko stajenni, czemu trudził się sam klucznik? A mnich, który uważa konia za doskonałość przewyższającą formy naturalne, musi widzieć zwierzę takim, jakim auctoritates*** mu je opisały, szczególnie jeśli - i w tym miejscu obdarzył mnie kąśliwym uśmiechem - jest uczonym benedyktynem.

 

No dobrze - powiedziałem. - Ale czemu Brunellus?

 

Oby Duch Święty wlał ci więcej oleju do głowy, niż masz w tej chwili, mój synu! - wykrzyknął mistrz. - Jakież inne dałbyś mu imię, skoro nawet wielki Buridan, który ma zostać rektorem w Paryżu, kiedy poczyna mówić o pięknym koniu, nie znajduje imienia bardziej stosownego?

 

Taki był mój mistrz. Nie tylko potrafił czytać w wielkiej księdze natury, lecz również pojąć, w jaki sposób mnisi czytają zwykłe księgi i jak za ich pośrednictwem myślą. Dar ten, jak zobaczymy, miał być mu bardzo użyteczny w dniach, które nastąpiły.

    * Każde na świecie stworzenie, jakoby księga i obraz, jest dla nas odzwierciedleniem (łac.) ** Aby łeb był drobny i szczupły, o skórze przylegającej niemal do kości, uszy krótkie i ostre, ślepia wielkie, chrapy szerokie, kark wyprostowany, grzywa gęsta i ogon, mocno ukształtowane krągłe kopyta. *** Autorytety (łac.)

Umberto Eco

Umberto Eco, jeden z najsłynniejszych naukowców i pisarzy XX wieku, urodził się w Alessandrii w Piemoncie w 1932 roku. Region ten jest położony przy granicy włosko-francuskiej. Uważa się, że Piemontyczycy mają silne poczucie niezależności, charakterem bardziej przypominają flegmatycznych Francuzów niż wybuchowych Włochów z południa. Eco często przywołuje wychowanie w tamtejszej kulturze, które miało silnie naznaczyć jego pisarski temperament: „Niektóre elementy tamtego myślenia są dla mnie fundamentalne: sceptycyzm i niechęć do retoryki, niepopadanie w przesadę, nieczynienie pompatycznych założeń”.
Zmuszony przez ojca podjął studia prawnicze na Uniwersytecie w Turynie. Wkrótce jednak porzucił je i zaczął studiować literaturę i kulturę średniowiecza, uzyskał tytuł doktora (jego praca poświęcona była św. Tomaszowi z Akwinu). Następnie rozpoczął pracę redaktora w mediolańskiej stacji telewizji RAI. W 1959 roku został redaktorem naczelnym w mediolańskim wydawnictwie Bompiani. Jednocześnie wykładał na uniwersytetach w Turynie i Mediolanie. W 1971 przyjął stanowisko profesora semiotyki na najstarszym europejskim uniwersytecie - w Bolonii. W swojej pracy badawczej zajmuje się m.in. semiotyką, teorią literatury, estetyką średniowieczną i środkami przekazu. Do jego najważniejszych publikacji przetłumaczonych na język polski należą: Dzieło otwarte, Pejzaż semiotyczny, Lector in fabula, Superman w literaturze masowej. Bogaty dorobek naukowy to zaledwie część obfitej i urozmaiconej twórczości Eco, obejmującej ponadto felietony, parodie literackie, komiksy, sztuki dla dzieci, przede wszystkim zaś kilka znakomitych powieści.
Wierny swemu przeświadczeniu, że podział na kulturę niską i wysoką nie ma żadnego uzasadnienia, a erudycję można z powodzeniem połączyć z sensacyjną akcją, w roku 1980 wydał swoją pierwszą powieść, Imię róży, która przyniosła mu wielką sławę i stała się jednym z największych bestsellerów w historii literatury. Przetłumaczona na trzydzieści języków, doczekała się również adaptacji filmowej. Kolejne powieści - Wahadło Foucaulta (1988) i Wyspa dnia poprzedniego (1994), Baudolino (2000), Tajemniczy płomień królowej Loany (2004) oraz najnowsza, Cmentarz w Pradze (2010) - utwierdziły pisarską sławę Eco. Niezwykła umiejętność łączenia powieści sensacyjnej, historycznej i traktatu filozoficznego, ogromna wiedza oraz głęboka znajomość konwencji narracyjnych pozwalają mu tworzyć fabuły wielowarstwowe, atrakcyjne zarówno dla miłośników powieści detektywistycznych jak i czytelników o wyrafinowanych gustach literackich.
Po wydaniu Imienia róży (wydawnictwo przewidywało, że sprzeda 30 000 egzemplarzy, a sprzedało się ponad 9 milionów) Eco niespodziewanie stał się bohaterem świata mediów, co było dla niego jednocześnie zabawne i irytujące. Jest znany z gwałtownego sposobu prowadzenia dyskusji, opisuje samego siebie jako „osobowość polichroniczną”, kogoś, kto „musi rozpoczynać wiele działań na raz, mieszając je ze sobą i łącząc". Mówi, że gdyby nie miał wielu rzeczy do zrobienia, całkiem by się pogubił.
Autor dwukrotnie odwiedził Polskę: po raz pierwszy w 1968 roku, jako mało znany włoski uczony, i w roku 1996, jako słynny pisarz, oblegany przez tłumy miłośników jego twórczości, kiedy to został uhonorowany przez warszawską Akademię Sztuk Pięknych tytułem doktora honoris causa.

 

Z tą książką zamawiano również:

Cena: 27.30 zł

Cena: 39.00 zł

Cena: 38.50 zł

Cena: 55.00 zł

Cena: 34.30 zł

Cena: 49.00 zł

Działy i serie