Szukaj według autora lub tytułu:

szukanie zaawansowane

DARMOWA WYSYŁKA
BRAKUJE: 65.00zł

nie masz książek w koszyku

karta książki

okładka
  • Oprawa: broszurowa
  • Format: 145x235 mm
  • ISBN: 978-83-7392-372-0
  • Wydanie: I
  • Data wydania: luty 2012
  • Ilość stron: 210

Cena: 27.00 zł

Cena: 30.00 zł

Mariusz Wilk

Lotem gęsi

W poprzednim tomie „Dziennika północnego” Mariusz Wilk „tropami rena” śledził tajemniczy lud Saamów, zamieszkujących, między innymi, Półwysep Kolski. W najnowszym – Lotem gęsi – ogarnia nieporównanie większe terytorium Północy – i jeszcze szerszy zakres zjawisk. Ta książka odzwierciedla pisarski rozmach i szeroki gest Wilka, który utkał ją z trzech wątków nasyconych takim bogactwem tematów i problemów, że z łatwością, z każdego z nich, mógłby stworzyć oddzielny tom. Początek to opowieść o miejscu – odbijającym się w lustrze Jeziora Oniego mieście, które wybrał, aby w nim zamieszkać, o Pietrozawodsku. O jego historii i dniu dzisiejszym. Część środkową wypełnia od dawna wymarzona włóczęga po Labradorze śladami pisarza i podróżnika – Kennetha White’a. Konfrontacja własnego, literacko przetworzonego obrazu Północy z obcą dosadnością teraźniejszości powoduje, że Wilk tym chętniej wraca do Rosji. Tak zaczyna trzecią opowieść, znajdując dla swej twórczości równie ważny co włóczęga, a nawet znacznie ważniejszy, nowy sens. „Lotem gęsi” to trochę niespodziewana dla samego autora historia kontynuacji, odrzucenia, ale i zupełnie nowego otwarcia.

Fragment książki

pokaż

Konstantin Paustowski przybył do stolicy Karelii w porze białych nocy. Pietrozawodsk był wtedy zapyziałą mieściną, na ulicach powszędy leżały omszałe kamienie, a mętnoperłowe światło — odbite w gładzi Oniego — przydawało domom połysku łyszczyka. Pisarz wynajął pokój u byłej nauczycielki Serafimy Jonownej i zabrał się do pracy. Niestety, choć zebrał obszerny materiał historyczny, sporo wysiadując w archiwach, temat rozłaził mu się na papierze. Poszczególne wątki, nawet nieźle napisane, nie trzymały się kupy, nie potrafił też ożywić faktów powyciąganych z dokumentów ani oddać ducha czasu. No, i brakowało losów ludzi. Zrezygnowany machnął ręką i wiedząc, że narazi się Gorkiemu, postanowił dać sobie spokój i wracać do Moskwy bez książki. Powiedział o tym Serafimie Jonownej, pakując manatki.

—   Wy, młody człowieku, przypominacie moje uczennice dureńki przed egzaminem. Tak sobie nabijają głowy, że nie potrafią rozróżnić, co ważne, a co nie. Wprawdzie na pisaniu się nie wyznaję, aliści wydaje mi się, że na siłę niczego nie da się zrobić. Jedynie nerwy sobie zszargacie, a to pracy szkodzi. Nie wyjeżdżajcie na chybcika, odsapnijcież trochę. Przejdźcie się po nabrzeżu, wiatr wam powydmucha zbędne myśli z głowy i wonczas, być może, coś wam wyjdzie.

Paustowski posłuchał mądrej rady i wybrał się na spacer po nabrzeżu jeziora. Silny wiatr od wody rzeczywiście głowę mu przeczyścił, myśli odświeżył i pisarz ani się obejrzał, jak wyszedł na wschodnie rogatki miasta. Domy się przerzedziły, za to coraz więcej było ogrodów, pośród grządek krzyże i nagrobki. Jakiś starzyk, który pełł marchewkę, wyjaśnił mu, że kiedyś był tu cmentarz dla cudzoziemców, a teraz tereny pod uprawy rozdają i skoro mogiły stąd znikną. Uwagę pisarza przyciągnął obelisk z granitu, zarośnięty ostami i ogrodzony żeliwną kratą. Podszedł bliżej i odczytał na poły zatarty napis po francusku. Był to grób Karola Longseville'a, inżyniera artylerii armii napoleońskiej, zmarłego w Pietrozawodsku latem 1816 roku.

Konstantin Gieorgiewicz poczuł, że znalazł nareszcie to, czego mu brakowało. Los człowieka! Wprost z cmentarza udał się do miejskiego archiwum. Zasuszony kustosz pomógł mu rozgrzebywać akta. Po dziewięciu dniach poszukiwań mieli w rękach świadectwo zgonu Longseville'a, cztery prywatne listy, gdzie wspominano jego nazwisko, tudzież anonimowy donos o wizycie w Pietrozawodsku żony francuskiego inżyniera Marie-Cecile, która przybyła z Paryża, by postawić mężowi nagrobek. Mało tego, ale zawsze coś. Resztę dopełnił fantazją.

 

Z archiwalnego znaleziska można było wyczytać jedynie, że inżynier francuskiej artylerii Karol Longseville, uczestnik Wielkiej Rewolucji i pochodu Napoleona na Rosję, był wzięty w bitwie pod Gżackiem do niewoli przez Kozaków i odesłany jako odlewniczy armat do pracy w zakładach Pietrozawodska, gdzie wkrótce dostał gorączki i umarł.

Wzmianka o gorączce pozwoliła Paustowskiemu pokazać stolicę Karelii oczami chorego w malignie. W Losach Karola Longseville'a łuny hutniczych pieców rozświetlają wymarłe po nocach miasto, dobywając z mroku (niczym lampą błyskową) fragmenty fantasmagorycznej rzeczywistości: nastroszony wąs stójkowego i dziurę w moście, cieknący nos pijaka, wyjącego „Nie wiesz, mać, jak serce boli, nie znasz żalu mojego”, oraz skrawek ogłoszenia, że na pamiątkę wizyty Jego Wysokości w zakładach potrąca się po dwie kopiejki z każdego zarobionego rubla na budowę cerkwi. Na poczerniałej tafli jeziora kołysała się gwiezdna mapa północnego nieba.

Aby wypełnić zadanie, postawione mu przez Gorkiego, Paustowski przypisał Longseville'owi własne upodobanie do biografii. Francuski inżynier nie tylko czytywał w wolnych chwilach Plutarcha, ale i sam bawił się piórem, rozmotywując cudze losy jak kłębki splątanych nitek, uważał bowiem, że nie ma ani jednego życia, w którym nie odzwierciedliłaby się twarz epoki, zwłaszcza tak srogiej, jak czasy Aleksandra I. Cytując rzekome zapiski swojego bohatera, sowiecki pisarz mógł bez żenady cudzym tekstem obsobaczyć porządki w carskich zakładach oraz ich cudzoziemskich zarządców (od Holendra Henninga do Anglika Armstronga), nie wypadając przy tym samemu z roli obiektywnego reportera.

Tym bardziej że rewolucyjna przeszłość Longseville'a (zaświadczona dokumentami) idealnie pasowała do wizerunku orędownika sprawiedliwości społecznej, czyniąc z niego nieomalże zwiastuna komunizmu na tle cynicznych i nadętych Anglosasów, którymi wysługiwało się ruskie samodzierżawie. Paustowskiemu pozostało jedynie wymyślić nieco dialogów i garść didaskaliów. Ot, fragment rozmowy francuskiego inżyniera z Adamem Arm-strongiem, zarządcą Aleksandrowskich zakładów w owym czasie:

— Chciałbym z panem porozmawiać jak dżentelmen z dżentelmenem — twarz Anglika była obrzmiała, niczym odlana z żeliwa — to znaczy swobodnie. Chociaż warto pamiętać, że skutki swobody, równości i braterstwa bywają także szkodliwe, jak srogość bywa niekiedy niezbędna.          

Armstrong mieszkał w półokrągłym budynku, okalającym plac zarosły trawą. Rozmowę toczyli w mrocznym gabinecie, przypominającym wnętrze starej kuźni, zagraconej wyrobami miejscowej fabryki: kule armatnie, kajdany (jakość mierzyło się donośnością ich brzęku), modele dział.

Jest pan Brytyjczykiem — Longseville ciągle miał przed oczyma krwawe pręgi na plecach robotnika — obywatelem kraju, gdzie ze wszystkich trybun gardłuje się o poszanowaniu ludzkiej godności. Jakże więc może pan dopuszczać w swojej fabryce karę chłosty? A w ogóle...

Po pierwsze — Armstrong przerwał mu ostro — nie mam w zwyczaju narzucać swoich porządków w cudzym domu, szanuję raczej zakony gospodarza, po wtóre zaś, jestem przekonany, że konie w armii Bonapartego także zmuszano do roboty batem, a nie cukrem.

W swoim podejściu do robotników Adam Armstrong nie był odosobniony. W 1694 roku Duńczyk Butenandt, właściciel najstarszych zakładów metalurgicznych w Karelii, wyprosił u cara ukaz przypisujący chłopów z kiżskiego pogostu do jego fabryki, gdyż dobrowolnie nie chcieli pracować. To pierwsza europejska próba wykorzystywania przymusowego trudu w Karelii. Natomiast Wilhelm Henning skarżył się w liście do grafa Apraksina w 1714 roku, że nie wie, co robić z leniwymi chłopami, którzy jedynie patrzą, jak od roboty się wymigać, bo knuta nie słuchają, a wieszać — grzech.

Rodzi się pytanie: czy cudzoziemscy zarządcy korzystali z rabskich zakonów carskiej Rosji, aby ją eksploatować jak inne kolonie, czy też stykali się tutaj z takim stosunkiem człowieka do pracy, który wymagał knuta? Paustowski bez wątpienia był zwolennikiem pierwszego poglądu. Zresztą, w tamtych czasach była to oficjalna pozycja sowieckiej historiografii, którą wielu podtrzymuje do dzisiaj.

Okazało się, że Paustowski wydumał Karola Longseville'a — od początku do końca! Że żadnej mogiły nie było, żadnych znalezisk w archiwum ni śladu inżyniera francuskiej artylerii. Jedynie nazwisko istniało naprawdę, lecz należało do zupełnie innego człowieka.

Mariusz Wilk

Mariusz Wilk (ur. 1955) — pisarz-włóczęga, od dwudziestu lat mieszka na północy Rosji. Od końca lat siedemdziesiątych działacz opozycji, więziony w stanie wojennym. Współautor książki Konspira: rzecz o podziemnej „Solidarności” (1984). Po 1989 roku porzucił cywilizację i zamieszkał na Północy. Swoje przeżycia opisywał na łamach paryskiej „Kultury”, „Zeszytów Literackich” i „Rzeczpospolitej” — te podróżnicze eseje złożyły się na książki Wilczy notes (1998), Wołoka (2005), Dom nad Oniego (2006) i Tropami rena (2007). W roku 2006 został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2009 roku przyszła na świat jego córka, Marta Matylda.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fot.Natasza Wilk

Z tą książką zamawiano również:

Cena: 20.30 zł

Cena: 29.00 zł

chwilowo niedostępny

Działy i serie