nie masz książek w koszyku

Karta książki

  • Tytuł oryginału: Nachtzug nach Lissabon
  • Język oryginału: niemiecki
  • Przekład: Magdalena Jatowska
  • Oprawa: broszurowa
  • Ilość stron: 384
  • Format: 145 x 235 mm
  • ISBN: 978-83-7392-268-6
  • Data wydania: wrzesień 2008

Cena: 31 zł

Cena det.: 35 zł

Pascal Mercier
NOCNY POCIĄG DO LIZBONY


Deszczowy poranek w Bernie. Raimund Gregorius jak co dzień idzie do szkoły, w której od wielu lat uczy języków klasycznych. Na moście Kirchenfeld widzi piękną nieznajomą, szykującą się do samobójczego skoku…
Wkrótce potem berneńskiemu nauczycielowi wpada w ręce książka portugalskiego autora, Amdeu de Prado. Pod wpływem tych dwóch okoliczności Gregorius, samotny intelektualista, w jednej chwili porzuci dotychczasowe uporządkowane życie: nieoczekiwanie, w połowie lekcji, wstaje i wychodzi ze szkoły. Nocnym pociągiem podąży do Lizbony, nie wiedząc, jakie tajemnice wyjawi mu to cudowne miasto. Jego przewodnikiem jest książka Portugalczyka, z  którą nie rozstaje się ani na chwilę. Poruszony do głębi zawartymi w niej refleksjami o miłości, przyjaźni, odwadze, lojalności, samotności i śmierci, Gregorius pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o Amdeu de Prado. Podjęte prze z niego poszukiwania zaprowadza go do osób bliskich portugalskiemu pisarzowi. Dzięki ich wspomnieniom stopniowo ukazują się coraz inne fakty z życia tego zagadkowego człowieka, który, jak się okazuje, był także genialnym lekarzem i uczestnikiem ruchu oporu przeciw dyktaturze Salazara. Stanie się on dla Gregoriusa „złotnikiem słów”, mistrzem odkrywania nieznanych dotąd aspektów życia.
Czy jednak na pewno można wkroczyć w życie kogoś innego i naprawdę je zrozumieć? Wyrwać się z dotychczasowej egzystencji i jedną decyzją radykalnie zmienić swój los – czy warto to robić?

 


info

Zobacz inne książki autora


 


Pascal Mercier rozwiń
Pascal Mercier (prawdziwe nazwisko: Peter Bieri), urodzony w 1944 r. w Bernie, wychował się w tradycyjnej rodzinie mieszczańskiej. W szkole uczył się greki, łaciny i hebrajskiego, zgłębił też sanskryt i tajniki mistycyzmu tybetańskiego. W Londynie i Heidelbergu studiował filozofię oraz filologię angielską i indologię. Tam też uzyskał doktorat i pracował jako asystent naukowy w katedrze filozofii. Jego zainteresowania naukowe dotyczyły głównie psychologii filozofii, teorii poznania oraz filozofii moralnej. Później wykładał również na uniwersytetach w Berkeley i Harvardzie, a obecnie mieszka w Berlinie i wykłada na tamtejszym uniwersytecie. Najbardziej znanym dziełem filozoficznym Petera Bieri jest książka Das Handwerk der Freiheit (Rzemiosło wolności, 2001).
Pod pseudonimem Pascal Mercier opublikował dotychczas trzy powieści: Perlmanns Schweigen (Milczenie Perlmanna, 1995), Der Klavierstimmer (Stroiciel fortepianów, 1998), Nocny pociąg do Lizbony (2004), a także nowelę Lea (2007). W 2006 r. otrzymał nagrodę Marie-Luise-Kaschintz-Preis.






Pascal Mercier wybrał francuski psudonim, ponieważ Szwajcaria romańska jest dla niego synonimem elegancji, a w nazwie “Baume & Mercier” (znana marka szwajcarskich zegarków) zawsze podobało mu się nazwisko „Mercier” jako mało ekstrawaganckie.
(za www.evene.fr)



 


Fragment książki rozwiń
W księgarni pachniało cudownie starą skórą i kurzem. Właściciel, starszy mężczyzna, o którego znajomości języków romańskich krążyły legendy, zajmował się czymś na zapleczu. W księgarni było pusto, przebywała w niej tylko młoda kobieta, z wyglądu studentka. Siedziała w rogu przy stole i czytała cienką książkę w pożółkłej oprawie. Gregorius wolałby być sam. Bez świadków łatwiej zniósłby uczucie, że znalazł się tu tylko dlatego, że nie mógł zapomnieć melodii portugalskiego słowa, a może także dlatego, że nie wiedział, dokąd miałby pójść. Przeszedł wzdłuż regału, nie oglądając żadnej z książek. Od czasu do czasu przytrzymywał okulary, by przeczytać tytuł na wyższej półce, ledwo jednak go przeczytał, tytuł zaraz wylatywał mu z głowy. Tak jak już wiele razy, Gregorius został sam ze swoimi myślami, a jego umysł zamknął się na świat zewnętrzny.
Gdy otworzyły się drzwi, obrócił się szybko i rozczarowany, że to tylko listonosz, stwierdził, iż wbrew postanowieniu i wszelkiemu rozsądkowi czekał jednak na Portugalkę. Studentka zamknęła książkę i wstała, ale zamiast odłożyć tom do pozostałych leżących na stole, nadal wpatrywała się w szare okładki, pogłaskała je i dopiero po kilku chwilach odłożyła książkę tak delikatnie i ostrożnie, jakby kartki mogły rozsypać się w pył przy gwałtownym poruszeniu. Dziewczyna stała jeszcze chwilę przy stole i wyglądało na to, że może zmieni zdanie i jednak kupi książkę. Potem wyszła z rękoma w kieszeniach i ze spuszczoną głową. Gregorius wziął książkę w dłonie i przeczytał: AMADEU INÁCIO DE ALMEIDA PRADO, UM OURIVES DAS PALAVRAS, LISBOA 1975.
Nadszedł księgarz, rzucił okiem na tom i przeczytał tytuł. Gregorius usłyszał tylko potok syczących dźwięków, połykane, ledwo słyszalne samogłoski zdawały się wyłącznie pretekstem, by na końcu wyrazów powtarzać szumiące sz.
-    Czy zna pan portugalski?
Gregorius pokręcił głową.
-    To znaczy Złotnik słów. Czyż to nie piękny tytuł?
-    Spokojny i elegancki. Jak matowe srebro. Czy mógłby pan powtórzyć go po portugalsku?
Księgarz ponownie wymówił melodyjne słowa. Można było usłyszeć, że rozkoszuje się ich aksamitnym brzmieniem. Gregorius otworzył książkę i przekartkował do miejsca, gdzie zaczynał się tekst. Podał tom sprzedawcy, który rzucił mu zdumione, ale przyjazne spojrzenie i zaczął czytać. Gregorius, słuchając, zamknął oczy. Po kilku zdaniach księgarz przerwał.
-    Czy mam przetłumaczyć?
Gregorius skinął głową. I usłyszał słowa, które wywarły na nim oszałamiające wrażenie, ponieważ brzmiały tak, jakby zostały napisane tylko dla niego, i to nie tylko dla niego, ale dla niego w to właśnie przedpołudnie, które wszystko zmieniło.
Z tysięcy doświadczeń, które zbieramy, najwyżej jedno wyrażamy w słowach, a i to tylko przypadkowo i bez staranności, na którą zasługuje. Wśród wszystkich tych niemych doświadczeń kryją się te, które niezauważenie nadają naszemu życiu formę, barwę i melodię. Gdy zaś jako archeologowie duszy zwracamy się ku tym skarbom, odkrywamy, jak są zagmatwane. Przedmiot obserwacji nie trwa nieruchomo, słowa mijają się z przeżyciami i w rezultacie widzimy na papierze same sprzeczności. Długi czas wierzyłem, że to ułomność, coś, co należy pokonać. Dziś sądzę, że jest inaczej: że zaakceptowanie chaosu to królewski trakt prowadzący do zrozumienia tych znanych, a jednak zagadkowych doświadczeń. Wiem, brzmi to dziwnie, a nawet dziwacznie. Ale odkąd w ten sposób patrzę na tę kwestię, mam wrażenie, że po raz pierwszy jestem prawdziwie skoncentrowany i żyję pełnią życia.
- To wstęp - powiedział księgarz i zaczął przerzucać kartki. - A w kolejnych rozdziałach, jak się zdaje, autor zaczyna sięgać ku owym ukrytym przeżyciom. Jako archeolog odkrywający samego siebie. Niektóre rozdziały mają wiele stron, inne z kolei są bardzo krótkie. Tutaj na przykład jest taki, który skiada się z pojedynczego zdania. - Przetłumaczył:
Jeśli naprawdę jest tak, że możemy przeżyć tylko małą część tego, co się w nas znajduje - co dzieje się z resztą?
- Chciałbym kupić tę książkę - powiedział Gregorius.
Księgarz zamknął tom i przejechał dłonią po okładce w taki sam delikatny sposób, jak wcześniej studentka.
-    Znalazłem ją w zeszłym roku w pudle z tanią książką w antykwariacie w Lizbonie. I teraz sobie przypominam: wziąłem ją, bo spodobał mi się wstęp. Potem o niej zapomniałem. - Spojrzał
na Gregoriusa, który gorączkowo szukał portfela. - Podaruję ją panu.
-    To... - zaczął Gregorius zachrypłe i odchrząknął.
-    I tak kosztowała tyle co nic - powiedział księgarz i podał mu książkę. - Teraz sobie pana przypominam - San Juan de la Cruz. Zgadza się?
-    Czytała go moja żona - powiedział Gregorius.
-    A zatem jest pan filologiem klasycznym z Kirchenfeld, wspominała o panu. Potem słyszałem kogoś jeszcze, jak o panu opowiadał. Brzmiało to tak, jakby pan był chodzącą encyklopedią. - Roześmiał się. - Niezwykle lubianą encyklopedią.
Gregorius włożył książkę do kieszeni płaszcza i podał mężczyźnie dłoń. - Bardzo dziękuję.
Księgarz odprowadził go do drzwi. - Mam nadzieję, że pana nie...
-    W żadnym wypadku - odparł Gregorius, dotykając jego ramienia.
Na Bubenbergplatz Gregorius przystanął i powiódł wzrokiem dookoła. Spędził tu całe życie, znał wszystko wokół i czuł się tu jak w domu. To ważne dla kogoś tak krótkowzrocznego jak on. Dla kogoś takiego miasto, w którym żył, było jak obudowa, zamieszkana jaskinia, bezpieczna konstrukcja. Wszystko inne oznaczało niebezpieczeństwo. Tylko ktoś noszący tak samo grube szkła jak Gregorius mógł to zrozumieć. Florence nie rozumiała. I może z tego samego powodu nie rozumiała, dlaczego nie lubi latać. Wsiąść do samolotu i kilka godzin później przybyć do zupełnie innego świata, nie mając czasu, by obejrzeć poszczególne widoki po drodze - nie lubił tego, bo wywoływało w nim niepokój. To niewłaściwe, powiedział do Florence. Niewłaściwe? Co masz na myśli? - spytała poirytowana. Nie potrafił tego wyjaśnić i dlatego coraz częściej latała sama albo z innymi, zwykle do Ameryki Południowej.
Gregorius podszedł do witryny z plakatami przy kinie Bubenberg. Na późnym seansie wyświetlano czarno-biały film według powieści Georges'a Simenona L’homme qui regardait passer les trains. Gregoriusowi spodobał się tytuł i długo przyglądał się zdjęciom. Pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy wszyscy kupowali kolorowe telewizory, całe dnie na próżno próbował znaleźć czarno-biały odbiornik. Wreszcie przyniósł do domu telewizor ze śmietnika. Nawet po ślubie z uporem odmawiał wyrzucenia go, telewizor stał więc w pracowni, a gdy Gregorius był sam, ignorował kolorowy odbiornik w salonie i włączał starą skrzynkę, na której obraz migotał i od czasu do czasu się rozjeżdżał. Mundus, jesteś niemożliwy, powiedziała pewnego dnia Florence, gdy zastała go przed tym okropnym, nieforemnym pudłem. Kiedy zaczęła się do niego zwracać tak jak inni i traktować w domu jak popychadło całego miasta Berno - to był początek końca. Gdy po rozwodzie kolorowy telewizor zniknął z mieszkania, Gregorius odetchnął z ulgą. Po wielu latach kineskop zupełnie się popsuł i dopiero wtedy Gregorius kupił nowy, kolorowy odbiornik.
Zdjęcia w kinowej witrynie były duże i drażniąco ostre. Jedno ukazywało bladą, alabastrową twarz Jeanne Moreau, która odgarniała z twarzy wilgotne pasemka włosów. Gregorius ruszył z miejsca i wszedł do najbliższej kawiarni, by obejrzeć dokładniej książkę, w której Portugalczyk ze szlacheckiego rodu próbował wyrazić w słowach samego siebie i swe nieme przeżycia.
Dopiero teraz, gdy z dokładnością miłośnika starych książek Gregorius powoli przewracał stronę po stronie, odnalazł portret autora, stare zdjęcie, pożółkłe już przed oddaniem do druku. Czarne niegdyś plamy zbrązowiały i widać było jasną twarz na tle gruboziarnistego, cienistego mroku. Gregorius przetarł okulary, założył je ponownie i w ciągu kilku chwil pozwolił się całkowicie oczarować tej twarzy.
Mężczyzna nieco po trzydziestce promieniał inteligencją, pewnością siebie i śmiałością, które dosłownie oślepiły Gregoriusa. Jasna twarz z wysokim czołem była zwieńczona bujnymi
ciemnymi włosami, połyskującymi matowo i zaczesanymi do tyłu, włosy przypominały hełm, z którego po bokach, miękkimi falami spadały na uszy pojedyncze pasma. Wąski rzymski nos nadawał twarzy wielką wyrazistość, tak samo jak mocne brwi przypominające grube belki, namalowane szerokim pędzlem i dość krótkie od zewnętrznej strony, więc na środku powstawało zagęszczenie, dokładnie tam, gdzie znajdowały się myśli. Pełne, wygięte usta, które pasowałyby do twarzy kobiety, były otoczone cienkimi wąsami i przyciętą brodą. Z powodu czarnego cienia, który broda rzucała na smukłą szyję, Gregorius miał wrażenie, że postać charakteryzuje się pewną surowością i twardością. Jednak najważniejsze były ciemne oczy. Podkreślały je cienie, ale nie cienie zmęczenia, wyczerpania lub choroby, lecz powagi i melancholii. W spojrzeniu łagodność mieszała się z nieustraszonością i niezłomnością. Mężczyzna ten był marzycielem i poetą, pomyślał Gregorius, ale jednocześnie kimś, kto potrafił zdecydowanie posługiwać się bronią albo skalpelem, kimś, komu lepiej zejść z drogi, gdy w jego oczach płonie ogień. Te oczy zdołałyby powstrzymać zgraję gotowych do walki olbrzymów, ale nieobce też im było nienawistne spojrzenie. Jeśli chodzi o ubranie, zdjęcie ukazywało tylko biały kołnierzyk i węzeł krawata oraz ciemniejszy fragment odzienia, które Gregorius wyobrażał sobie jako surdut.
Dochodziła pierwsza, gdy Gregorius otrząsnął się z zamyślenia nad portretem. Ponownie pozwolił, by kawa wystygła. Pragnął raz jeszcze usłyszeć głos Portugalki i zobaczyć ją w ruchu. Jeśli w 1975 roku autor miał nieco ponad trzydzieści lat, na które wyglądał, teraz musiał być po sześćdziesiątce. Português. Gregorius przywołał w myślach głos bezimiennej Portugalki i nadał mu głębsze brzmienie, choć inne niż u księgarza. Miał to być głos o melancholijnej czystości, który dokładnie odpowiadałby wizerunkowi Amadeu de Prado. Gregorius spróbował wyobrazić sobie brzmienie zdań z książki wypowiadanych tym głosem. Nie udało mu się, nie wiedział, jak należało wymawiać poszczególne słowa.
Kawiarnię minął Lucien von Graffenried. Gregorius był zaskoczony, ale z ulgą stwierdził, że nawet nie drgnął. Spoglądał za odchodzącym uczniem i myślał o książkach zostawionych w klasie. Musiał poczekać, aż o drugiej znowu zaczną się lekcje. Dopiero wtedy będzie mógł pójść do ksiegarni, by kupić podręcznik do nauki portugalskiego.






 


Z tą książką zamawiano również:



 


FAKTOTUM
Charles Bukowski



Cena: 22 zł
Dodaj do koszyka
KOBIETY
Charles Bukowski



Cena: 22 zł
Dodaj do koszyka

 



 


Recenzje:

Data: 30/10/2008
Autor: Katarzyna Komperda
Ocena:
Witam, dostałam tę książkę w prezencie od Przyjaciela, czytałam ją w oryginale już jakiś czas temu. Byłam urzeczona, ponieważ zostałam zabrana w podróż, jakiej sie nie spodziewałam, a poszczególne stacje kiełkowały zaskakującymi i ryzykownymi refleksajami nad życiem i tym, co otacza jego zewnętrzną powłokę. Nie o tym jednak. Droga Redakcjo, kto zezwolił na wydanie tej książki w tak fatalnym języku przekładu?! Fragment tłumaczenia pełen jest zgrzytów, tąpnięć i stylistycznych niedociągnięć sugerujących, że albo tlumacz nie rozumiał książki, którą tłumaczył, albo nie chciało mu się starać. Treść pozbawiono magii i wirtuozerii słownej, którą przesiąknięty jest oryginał! Spłycono wiele głębin powieści i oprawiono ją w ramy prostego, niedbałego słownictwa. Przykro mi, bo to doskonała książka. Pozdrawiam.
Data: 16/10/2008
Autor: Patryk Mrzonka
Ocena:
Żeby wsiąść do nocnego pociągu do Lizbony należy jedynie otworzyć książkę Pascala Merciera. To tak mało, żeby przeżyć niesamowitą przygodę! Razem z głównym bohaterem - Szwajcarem, nauczycielem języków starożytnych - składałem w całość epizody z życia tajemniczego lekarza, wysnuwane dzięki rozmowom z jego najbliższymi; czytałem fragmenty jego frapującej książki; krążyłem po ulicach Lizbony. Ten pociąg mnie porwał i już z niego nie wysiądę.
Data: 14/10/2008
Autor: Małgorzata Kierczyńska
Ocena:
zachwyciła mnie ta książka! niektóre jej fragmenty podkreślałam jak uczniak. To wspaniale, że filozofowie popełniają takie powieści. Na tle wszelkich popularnych czytadeł "Nocny pociąg do Lizbony" odcina się jaskrawo - to mądra i pięknie napisana powieść.
Data: 10/10/2008
Autor: Joanna Górecka
Ocena:
Droga Pani, rzeczywiście nie sprawdziliśmy informacji dotyczącej "L'homme qui regardait passer les trains", ale pochodziła ona od samego autora, z wywiadu dla jednego z trzech najważniejszych francuskich dzienników, "Liberation" (nikt z ich redakcji jak widać też tej informacji nie skorygował). Mimo tego przeoczenia erudycja Pascala Mercier nie ulega wątpliwości, a największą siłą książki nie jest wiedza encyklopedyczna bohaterów, ale głębia ich refleksji - dlatego zachęcam Panią do lektury tej powieści.
Data: 03/08/2008
Autor: Joanna Kawecka
Ocena:
Nie czytałam jeszcze tej książki, chętnie bym ją przeczytała, ale odstrasza mnie informacja podana przez wydawnictwo, że nie istnieje powieść Simenona "L'homme qui regardait passer les trains". Otóż ta powieść jak najbardziej istnieje - George Simenon napisał ją w roku 1938, doczekała sie wielu przekładów (ale akurat nie na języka polski) i została sfilmowana w 1953 roku. Proszę, szanujcie Waszych czytelników.



Copyright © by NSB 2007 | Polityka prywatności | Regulamin | Pomoc i zasady zakupów