nie masz książek w koszyku

Karta książki

  • Tytuł oryginału: Little Tales of Misogyny
  • Język oryginału: angielski
  • Przekład: Krzysztof Obłucki
  • Oprawa: broszurowa
  • Ilość stron: 108
  • Format: 145 x 235 mm
  • ISBN: 978-83-7392-298-3
  • Data wydania: wrzesień 2009

Cena: 17 zł

Cena det.: 19 zł

Patricia Highsmith
SIEDEMNAŚCIE MIŁYCH PAŃ
Zbiór siedemnastu opowiadań, w których autorka, mistrzyni obserwacji, burzy konwencjonalne opinie o „słabej kobiecie”. Ironizując, z lekkim dystansem, nie boi się powiedzieć wprost tego, na co innym brakuje odwagi w czasach politycznej poprawności: kobieta potrafi być potworem, sadystką, cyniczną intrygantką, a wszystko po to, by... pełnić rolę przypisaną jej w świecie rządzonym przez mężczyzn. Bo też ogólny wydźwięk tych opowiadań to gorzka, choć niepozbawiona elementów humorystycznych, ocena obu płci. Jeszcze raz znalazła potwierdzenie opinia Grahama Greena o kunszcie Highsmith – to „poetka zrozumienia”.

 


info

Zobacz inne książki autora


 


Patricia Highsmith rozwiń
Patricia Highsmith

Patricia Highsmith urodziła się w 1921 r. w Fort Worth w Teksasie, potem wraz z rodzicami przeniosła się do Nowego Jorku. Ukończyła Barnard College, gdzie oprócz filologii angielskiej studiowała języki klasyczne. Większość swego dorosłego życia spędziła w Europie, mieszkając głównie we Francji i Szwajcarii. Napisała ponad dwadzieścia powieści i kilkadziesiąt opowiadań, z zamiłowaniem uprawiała również rysunek i rzeźbę. Zmarła w Locarno w 1995 r.

Autorka, której twórczość przeżywa dziś prawdziwy renesans, uchodzi za mistrzynię powieści psychologicznej z wątkiem kryminalnym. Interesuje ją nie sama zbrodnia, lecz jej psychologiczne podłoże i mechanizmy, zwłaszcza zaś zmiany, jakie następują wówczas w osobowościach bohaterów. Jak stwierdził wybitny pisarz angielski Graham Greene, w swoich książkach "stworzyła specyficzny świat - klaustrofobiczny i irracjonalny - w którym nieodmiennie towarzyszy nam uczucie osobistego zagrożenia". Krytycy z wielkim uznaniem wyrażali się o jej talencie, podziwiając psychologiczną przenikliwość jej utworów, jak również elegancki i klarowny styl. Za swoją twórczość Patricia Highsmith otrzymała liczne prestiżowe nagrody: O. Henry Memorial Award, The Edgar Allan Poe Award, Le Grand Prix de Littérature Policière i Award of the Crime Writer's Association of Great Britain.




 


Fragment książki rozwiń
Artystka

W chwili gdy Jane wychodziła za mąż, nikt nie dostrzegłby w niej niczego niezwykłego. Była pulchna, ładna i praktyczna: bez chwili zastanowienia potrafiła zrobić sztuczne oddychanie, ocucić zemdloną osobę lub zatamować krwotok z nosa. Pracowała jako pomoc dentystyczna, umiała zachowywać zimną krew w obliczu kryzysu lub bólu. Ale żywiła też entuzjazm dla sztuki. Jakiej sztuki? Dla wszystkich jej rodzajów. W pierwszym roku małżeństwa zaczęła malować. To zajęcie wypełniało jej soboty, a przynajmniej tyle czasu w soboty, że nie starczało go już na weekendowe zakupy, w których wyręczał ją mąż Bob. On też płacił za oprawianie błotnistych w kolorze, rozmazanych portretów olejnych ich przyjaciół. Pozowanie również odbywało się w weekendy. Jane pogodziła się w końcu z faktem, że nie umie zapanować nad farbami na tyle, by nie zlewały się ze sobą, i postanowiła porzucić malowanie na rzecz tańca.
Taniec w czarnym trykocie poprawił nie tyle jej korpulentną sylwetkę, ile apetyt. Potem przyszła kolej na specjalne buty. Balet ją zafascynował. Odkryła instytucję o nazwie Szkoła Sztuk Pięknych. W tym czteropiętrowym gmachu uczono gry na fortepianie, skrzypcach i innych instrumentach, komponowania muzyki, pisania powieści i poezji, rzeźbienia, tańca oraz malarstwa.
— Widzisz, Bob, życie powinno stawać się piękniejsze — powiedziała Jane, uśmiechając się szeroko.
— I wszyscy, mężczyźni i kobiety, chcą choć w niewielkim stopniu dać coś od siebie pięknu i poezji świata, jeśli tylko potrafią.
Tymczasem Bob wyrzucał śmieci i dbał, by w domu nie zabrakło ziemniaków. Umiejętności baletowe Jane nie rozwinęły się ponad pewien poziom, dlatego rzuciła taniec i zajęła się śpiewem.
—  Naprawdę uważam, że życie jest wystarczająco piękne takie, jakie jest — powiedział Bob. — W każdym razie ja jestem całkiem zadowolony. — Te słowa padły w okresie śpiewaczym Jane, kiedy musieli i tak niewielki salon zagracić dodatkowo pianinem.
Z jakiegoś powodu Jane przerwała lekcje śpiewu i przystąpiła do nauki rzeźbienia i snycerstwa. W salonie zapanował bałagan, wokół walały się kawałki gliny i wióry drzewne, z którymi odkurzacz nie zawsze sobie radził. Jane była zbyt zmęczona, by po dniu pracy w gabinecie dentystycznym i staniu przy drewnie lub glinie do północy jeszcze cokolwiek robić.
Bob zaczął nienawidzić Szkoły Sztuk Pięknych. Widział ją wcześniej kilka razy, kiedy szedł tam około jedenastej w nocy, żeby odebrać Jane i przyprowadzić ją do domu. (Okolica nie sprzyjała samotnym spacerom po zmroku). Odniósł wrażenie, że wszyscy uczniowie tej instytucji żywią nieuzasadnione, błędne nadzieje, a nauczyciele są strasznymi miernotami. Pomyślał, że to dom wariatów dla ludzi podejmujących zupełnie bezsensowne wysiłki. I jak wiele ognisk domowych, dzieci i mężów popadło teraz w kłopoty, bo kobieta prowadząca gospodarstwo — na zajęcia przychodziły przede wszystkim kobiety — przebywała wciąż poza domem, zaniedbując nawet podstawowe obowiązki?  Bobowi
wydawało się, że w tej szkole brakuje inspiracji, a dominuje w niej jedynie chęć naśladowania ludzi obdarzonych inwencją twórczą, takich jak Chopin, Beethoven i Bach. Słyszał, jak katowano ich utwory, gdy czekając na żonę, siedział na ławce w holu. Ludzie często nazywają artystów szaleńcami, ale słuchacze tej szkoły byli najwyraźniej niezdolni do tego rodzaju obłędu. Można było ich wziąć za wariatów pod pewnym względem, lecz z jakiegoś powodu na pewno nie dosłownie. Zazdrosny o czas, na jaki Szkoła Sztuk Pięknych odbierała mu żonę, gotów był rozwalić jej siedzibę na drobne kawałki.
Nie musiał długo czekać, ale sam nie wysadził tego przybytku w powietrze. Ktoś — jak później udowodniono, jeden z nauczycieli — podłożył bombę pod Szkołę Sztuk Pięknych, ustawiając moment eksplozji na godzinę szesnastą. Był sylwester i mimo że właściwie zaczęto już świętować, studenci wszystkich rodzajów sztuki pilnie się uczyli. Policja i niektóre gazety zostały ostrzeżone o podłożeniu ładunku wybuchowego. Problem polegał jednak na tym, że nikt go nie odnalazł, a większość ludzi w ogóle nie wierzyła, że może tam wybuchnąć jakaś bomba. Z powodu usytuowania w szemranej okolicy szkoła już wcześniej doznawała uszczerbków i gróźb. Ale ta bomba eksplodowała, najwyraźniej w czeluściach piwnicy, i była całkiem sporych rozmiarów.
Bob akurat się tam znajdował, bo przyszedł po Jane, kończącą zajęcia o siedemnastej. Słyszał pogłoski o bombie, ale sam nie wiedział, czy w nie wierzyć, czy nie. Niemniej, kierując się ostrożnością albo też złymi przeczuciami, czekał na żonę po drugiej stronie ulicy, a nie w holu.
Pianino wyleciało przez dach, jakby nagle oddzielone od ucznia, który nadal siedział na stołku i bębnił palcami w powietrzu. Jedna z tancerek wykonała wreszcie kilka pełnych piruetów, nie dotykając stopami ziemi, bo znalazła się na wysokości czterdziestu metrów, a jej palce u nóg były nawet skierowane ku niebu. Student malarstwa przeleciał przez ścianę, z pędzlem nadal gotowym do wykonania mistrzowskiego pociągnięcia, gdy unosił się w pozycji horyzontalnej ku trwałej utracie świadomości. Nauczyciela, chowającego się tak często, jak to było możliwe, w toalecie Szkoły Sztuk Pięknych, wybuch znacznie przybliżył do niektórych elementów systemu kanalizacyjnego.
A potem pojawiła się Jane, lecąca w powietrzu z młotkiem w jednej ręce i dłutem w drugiej, z wyrazem zaabsorbowania na twarzy. Czy, osłupiała, nadal koncentrowała się na pracy, czy też może już nie żyła? Bob nie mógł się tego domyślić. Wyrzucony w niebo gruz opadał łagodnie z cichnącym łoskotem, wzbijając kłęby szarego pyłu. Nastąpiło kilka sekund ciszy, pośród której Bob stał nieporuszenie. A potem obrócił się i poszedł do domu. Wiedział, że powstaną nowe szkoły sztuk pięknych. Co dziwne, ta myśl zaświtała mu w głowie, zanim zdał sobie sprawę, że jego żona odeszła na zawsze.



 


Z tą książką zamawiano również:



 


PLEXUS
Henry Miller



Cena: 38 zł
Dodaj do koszyka

 


NEXUS
Henry Miller



Cena: 29 zł
Dodaj do koszyka

 


Recenzje:

Produkt nie posiada jeszcze recenzji


Copyright © by NSB 2007 | Polityka prywatności | Regulamin | Pomoc i zasady zakupów