nie masz książek w koszyku

Karta książki

  • Oprawa: twarda z obwolutą
  • Format: 120 x 190 mm
  • ISBN: 978-83-7392-328-7
  • Data wydania: październik 2010

Cena: 0 zł

Cena det.: zł
W przygotowaniu 

Sławomir Mrożek
SZTUKI ODNALEZIONE. MAŁE I MNIEJSZE
Każdy nowy utwór Sławomira Mrożka to prawdziwa gratka nie tylko dla wielbicieli jego talentu, ale dla wszystkich miłośników dobrej literatury.
Do rąk czytelników trafia tom Sztuki odnalezione, na który złożyły się utwory Imieniny, Plomba hrabiego, Tercet, Racket Baby, Jeleń, Bruno Sznajder – pisane blisko pół wieku temu! Ale nigdy dotychczas nie publikowane i nie wystawiane. Zatem stare, a nowe… I jak zawsze w przypadku Mrożka – przenikliwe i ponadczasowe.

 


info

Zobacz inne książki autora


 


Sławomir Mrożek rozwiń
Prozaik, dramaturg, rysownik, publicysta, krytyk teatralny, autor scenariuszy i reżyser filmowy – to wszystko Mrożek. Jeden z najpopularniejszych polskich twórców i jeden z niewielu naprawdę znanych w świecie; jego sztuki grywane są od Kostaryki po Syberię. Od kilkudziesięciu lat zadomowiony w polskiej wyobraźni zbiorowej. Jego nazwisko stało się hasłem zrozumiałym wszędzie tam, gdzie trzeba podkreślić jakiś szczególny nonsens: mawia się wtedy, że „to jak z Mrożka”.

Zobacz prezentację >>>



Urodził się 29.06.1930 r. w Borzęcinie koło Brzeska. Po wojnie, w latach 50-tych, rozpoczynał w Krakowie studia na różnych kierunkach (architektura, Akademia Sztuk Pięknych, orientalistyka) jednak żadnego nie ukończył. W tym samym czasie podjął pracę w „Dzienniku Polskim”, jego teksty satyryczne ukazywały się również w „Szpilkach”, „ Po prostu”, „Życiu Literackim” i „Nowej Kulturze”. W 1953 r. opublikował pierwsze zbiory tych tekstów: Opowiadania z Trzmielowej Góry i Półpancerze praktyczne. W 1955 r. rozpoczyna współpracę z Krakowskim Teatrem Satyryków, studenckim teatrem Bim-Bom z Gdańska, warszawskim teatrem „Syrena”, kabaretem „Szpak” i „Piwnicą pod Baranami”. Rezygnuje z etatu w „Dzienniku Polskim”. W 1958 r. Teatr Dramatyczny w Warszawie wystawia pierwszą sztukę Mrożka pt. Policja. W 1959 r. żeni się z malarką Marią Obrembą i przenosi do Warszawy. Publikuje w prasie (np. cykl felietonów i rysunków Przez okulary Sławomira Mrożka w „Przekroju”), wystawia kolejne sztuki (m.in. Męczeństwo Piotra Ohey’a, Indyk, Karol, Na pełnym morzu, Strip-tease). W 1963 r. wyjeżdża z żoną do Włoch, gdzie razem podejmują decyzję o emigracji. Mimo to w Polsce publikowane są jego kolejne sztuki: Czarowna noc, Śmierć porucznika. W 1964 r. ukazuje się Tango.

W 1968 r. przenosi się do Paryża. Ogłasza w „Le Monde” i paryskiej „Kulturze” list protestacyjny przeciwko udziałowi polskich wojsk w inwazji na Czechosłowację. Wywołuje on niezadowolenie polskich władz, które wzywają go do natychmiastowego powrotu do kraju. W odpowiedzi Mrożek zwraca się o azyl we Francji. W Polsce cenzura zakazuje publikacji jego utworów i wystawiania sztuk. W 1969 r. w Berlinie Zachodnim jego żona umiera na raka. Rok później zuryski Theater am Neumartk wystawia premierowe przedstawienie Vatzlava. W 1973 r. Pensylvania State University przyznaje Mrożkowi stypendium, dzięki któremu może podróżować po Stanach Zjednoczonych i Ameryce Południowej. W latach 70-tych kilkakrotnie wyjeżdża do Niemiec, gdzie pisze scenariusze filmowe: Wyspa Róż (1974-75), Amor (1977), Powrót (1979) – dwa ostatnie również sam reżyseruje dla niemieckich wytwórni. W tym też czasie w Polsce powoli ustępuje zakaz publikacji utworów Mrożka, a w roku 1978 - po raz pierwszy od 1963 r. – on sam przyjeżdża do kraju. W tym też roku otrzymuje obywatelstwo francuskie. Powtórnie odwiedza Polskę w roku 1981, jednak po 13 grudnia publikuje w „Le Monde” i „International Herald Tribune” List do cudzoziemców i odmawia publikowania swoich utworów w Polsce oraz pokazywania sztuk w telewizji. Teatry nadal wystawiają jego dramaty, jednak Ambasador, Vatzlav i Alfa zostają wstrzymane przez cenzurę. W 1984 r. reżyseruje Ambasadora w Tourneetheater w Monachium. W 1987 r. żeni się z reżyserką teatralną, Meksykanką Susaną Osorio Rosas. Odrzuca Nagrodę Fundacji Literackiej w Polsce, ale przyjeżdża do kraju, gdzie po raz pierwszy spotyka się z czytelnikami. W 1989 r. wyjeżdża z żoną do Meksyku i osiada na ranchu La Epifania pomiędzy Mexico City i Puebla. Rok później przyjeżdża do Krakowa na dwutygodniowy Festiwal Mrożka zorganizowany z okazji jego 60-tych urodzin. Mrożkowski festiwal teatralny odbył się również w Sztokholmie (1991). W 1992 r. w ramach Dionisia Festival wyreżyserował w Sienie Wdowy.

W latach 1996-2008 Sławomir Mrożek wraz z żoną powrócił do Krakowa, w czerwcu 2008 r. państwo Mrożkowie przenieśli się do Nicei.

Powieści:

Maleńkie lato (1955), Ucieczka na południe (1961)

Zbiory opowiadań:

Słoń (1957), Wesele w Atomicach (1959), Deszcz (1962), Małe listy (1974), Dwa listy (1974) Opowiadania (1981), Małe prozy (1990), Uwagi osobiste (2007)

Autobiografia:

Baltazar. Autobiografia (2006)

Dramaty:

Policja (1958)

Męczeństwo Piotra Ohey’a (1959)

Indyk (1960)

Karol (1960)

Na pełnym morzu (1960)

Strip-tease (1961)

Zabawa (1962)

Kynolog w rozterce (1962)

Czarowna noc (1963)

Śmierć porucznika (1963)

Tango (1964)

Krawiec (1965)

Poczwórka (1967)

Dom na granicy (1967)

Testarium (1967)

Drugie danie (1968)

Vatzlav (1968)

Szczęśliwe wydarzenia (1973)

Rzeźnia (1973)

Emigranci (1974)

Garbus (1975)

Polowanie na lisa (1976)

Serenada (1976)

Lis filozof (1977)

Lis aspirant (1978)

Pieszo (1980)

Ambasador (1982)

Letni dzień (1983)

Alfa (1984)

Kontrakt (1986)

Portret (1987)

Wdowy (1992)

Miłość na Krymie (1993)

Wielebni (1996)

Pokój z widokiem (1998)

Rysunki:

Postępowiec (1960),

Przez okulary Sławomira Mrożka (1968)

Rysunki (1990)

Rysunki zebrane. T.I-VI (1998-2005)

Nagrody:

Nagroda Fundacji im. Kościelskich (1962)

Prix de l’Humour Noir (1964) za zbiór opowiadań Słoń

Nagroda Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku za literackie prace z lat 1963-1964

Nagroda hiszpańskiej krytyki dla Tanga – najlepszej sztuki autora zagranicznego (1970)

Nagroda Państwowa Austrii w dziedzinie literatury (1972)

Złota Szpilka – nagroda satyrycznego tygodnika „Szpilki” (1980)

Nagroda Związku Literatów Polskich na Obczyźnie za całokształt twórczości (1984)

Nagroda Fundacji im. Alfera Jurzykowskiego za dramaturgię (1985)

Nagroda im. Franza Kafki w Klosterneuburg w Austrii (1987)

Nagroda Crédit Industriel et Commercial Paris Théâtre za Miłość na Krymie (1993)

Nagroda Złote Berło Fundacji Kultury Polskiej „za całokształt twórczości zgłębiającej gorzkie i ponure paradoksy życia w intencji uszlachetnienia kondycji ludzkiej” (2004)







 


Fragment książki rozwiń
Sławomir Mrożek

BRUNO SZNAJDER


Na scenie jedno drzewo i ławka. Dogasająca burza, półmrok. Z lewej strony wchodzą Kogut i Lis. Kogut niesie teczkę pod pachą. Na głowie ma kapelusz.

LIS:
Oto po długiej wędrówce znowu jesteśmy tam, gdzie byliśmy. Rozpoznaję to samo drzewo.

KOGUT:
Nietrudno je rozpoznać. Jest jedno jedyne. To jedno drzewo, to cały twój las. (Patrzy się na zegarek.) Spóźnię się na posiedzenie.

LIS:
Dopóki ja jestem i jest drzewo — jest las.

KOGUT:
Nie dla mnie.

LIS:
Lecz dla mnie.

KOGUT:
Upierasz się przy niedorzeczności. Las był kiedyś, ale teraz istnieje tylko w twojej wyobraźni.

 
LIS:
Wyobraźnia rządzi światem. Niestety, przeważnie jest to wyobraźnia w złym gatunku.

KOGUT:
Upierasz się przy tym, co było, a nie jest.

LIS:
Ja jestem większy od tego, co jest.

KOGUT:
Megalomania?

LIS:
Zaledwie godność osobista. Czuję i myślę. Moich myśli i moich uczuć nie ma nigdzie poza mną.

KOGUT:
Subiektywność. Ja jestem po stronie prawdy obiektywnej.

LIS:
A więc jesteś błogosławiony jako ubogi duchem.

KOGUT:
Ty zaś potępiony przez ducha historii.

LIS:
Lecz obaj jesteśmy mokrzy. Deszcz pada.

KOGUT:
Schrońmy się pod drzewem.

(Stają pod drzewem.)
KOGUT:
Drzewo jest to samo, ale pogoda się zmieniła.

LIS:
 Owszem, ale co z tego?

KOGUT:
Jeszcze nie wiem, ale może by się dało to jakoś uogólnić.

LIS:
A po co?
KOGUT:
Próbuję uczynić z ciebie dlalektyka.

LIS:
Dlaczego ci na tym tak zależy?

KOGUT:
Dla twojego dobra.

LIS:
Czy aż tak mnie kochasz?

KOGUT:
Kocham dialektykę i prawdę obiektywną. Nikt nie może się obejść bez prawdy obiektywnej.

LIS:
Odwrotnie. To prawda obiektywna nie może się obejść bez większości głosów. Nazwij ją raczej prawdą statystyczną.

KOGUT:
Bronisz się?

LIS:
A ty atakujesz. To znaczy, że ja wystarczam sam sobie, a ty musisz mnie zdobywać, ty i twoja prawda obiektywna. Inaczej nie czujecie się dobrze.

KOGUT:
Ja występuję tylko...

LIS:
...W imieniu prawdy obiektywnej. Ja tylko w swoim własnym.

KOGUT:
Moja prawda jest większa.

LIS:
Ale bezimienna.

KOGUT:
Za to powszechna.

LIS:
Czyli pusta.

(Błyskawica i odległy grzmot. W świetle błyskawicy widać, że na drzewie wisi wisielec.)

LIS:
Ktoś tu jest.

KOGUT:
Nikogo nie ma.

LIS:
Daję ci subiektywne słowo honoru.

KOGUT:
Obiektywnie nie widzę nikogo.

(Znowu błyskawica. Lis chwyta Koguta za ramię wskazuje na wisielca.)

LIS:
Tam!

KOGUT:
Aaa!

LIS:
Dlaczego krzyczysz?

KOGUT:
Wisielec!

LIS:
Więc co z tego? On wisi, a ty stoisz. On tobie nie wchodzi w drogę, ani ty jemu.

KOGUT:
Wisielec! Trup!

LIS:
Patrz jak wisi spokojnie, a ty się denerwujesz. On się ciebie nie boi, dlaczego ty boisz się jego?

KOGUT:
Uciekajmy!

LIS:
Dokąd?

KOGUT:
Przed siebie, do przodu.

LIS:
Czyli nigdzie. Uciekać od konkretu do abstrakcji — to w twoim stylu.

KOGUT:
Więc nie uciekajmy, tylko chodźmy gdzie indziej.

LIS:
Dokądkolwiek pójdziemy, zawsze wrócimy pod to samo drzewo.

KOGUT:
(Szeptem) Kto to jest?

LIS:
Raczej kim on był.

KOGUT:
Kim był?

LIS:
Kimkolwiek był, nie lubił siebie skoro się powiesił.

KOGUT:
Dlaczego się powiesił?

LIS:
Był tym, kogo nie lubił. Au!

(Wisielec urywa się i spada Lisowi na plecy. Lis zatacza się pod jego ciężarem. Kogut ucieka spod drzewa i zatrzymuje się w pewnej odległości.)

KOGUT:
Żyjesz?

LIS:
Do kogo mówisz?

KOGUT:
Do ciebie. Ja tego pana nie znam.

LIS:
Lepiej mi pomóż wydostać się spod niego. Nic dziwnego, że się urwał. Ciężki.

KOGUT:
Boję się.

LIS:
Czego? Przecież on nie żyje.

KOGUT:
Właśnie dlatego.

LIS:
Przecież nic ci nie może zrobić. Obiektywnie.

KOGUT:
A jak ożyje?

LIS:
Więc czego się właściwie boisz?

KOGUT:
Na wszelki wypadek — wszystkiego.

LIS:
Obiektywnie, czy subiektywnie?

KOGUT:
(Szeptem) Prywatnie.

LIS:
Pomożesz mi, czy nie?

(Kogut zbliża się niechętnie i pomaga Lisowi wydostać się spod wisielca. Układają go na ziemi. Rozjaśnienie.)

KOGUT:
Dziwne. Wisiał, a leży.

LIS:
Co w tym dziwnego?

KOGUT:
Stwierdzam, że są zmiany.

LIS:
Znowu zaczynasz dialektycznie?

KOGUT:
Jednakże on nie jest już wisielcem.

LIS:
Tylko z twojego punktu widzenia. Obiektywnie jemu jest wszystko jedno.

KOGUT:
Kto to jest teraz. Leżelec?

WISIELEC
(Unosząc się do pozycji siedzącej
i wyciągając rękę.):
Bruno Sznajder, bardzo mi przyjemnie.

KOGUT:
Ożył!
(Odbiega na bok w popłochu. Lis odstępuje o krok od Wisielca.)

LIS:
Tylko spokojnie.

WISIELEC:
Panowie nie podadzą mi ręki?

LIS:
Nie, ale...

WISIELEC, CZYLI BRUNO SZNAJDER:
Panowie mną gardzą?

KOGUT:
Bynajmniej, tylko...

LIS:
Właściwie czemu nie?

KOGUT:
Podejdź i przedstaw się.

LIS:
Moje nazwisko nic mu nie powie.

KOGUT:
To prawda.

LIS:
Ty, jako prezes, jesteś bardziej znany.

KOGUT:
Więc ja cię deleguję.
(Lis podchodzi do Bruno Sznajdera.)

LIS:
Lis jestem. A to mój przyjaciel Kogut. Prezes Koła Miłośników Myśli Racjonalnej.
(Kogut kłania się sztywno.)

BRUNO S.:
 Panowie są zwierzętami?

LIS:
My jesteśmy alegoryczni.

BRUNO S.:
Doskonale się składa.
(Wstaje.) Chciałbym uścisnąć dłoń panów — alegorycznie.

KOGUT:
To znaczy niby jak...

BRUNO S.:
Alegorycznie-symbolicznie. Byłeś w zaświatach, teraz powracam do świata żywych. Uścisk dłoni oznaczał by, że znowu jestem przyjęty przez wspólnotę po tej stronie istnienia.

KOGUT:
Co słychać po tamtej?

LIS:
Wstydził byś się zadawać takie pytanie. W takiej chwili i w taki sposób. Pan Bruno miał ciężkie przejście w obie strony.

KOGUT:
Zapytać się nie wolno?

LIS:
Ale nie tym tonem.

DO BRUNO S.
Niech pan wybaczy. Mój kolega wyznaje światopogląd materialistyczny.

BRUNO S.:
Serdecznie współczuję.

LIS:
Nie wierzy w życie pozagrobowe.

BRUNO S.:
Częsty wypadek.

LIS:
Stąd szyderstwo w jego pytaniu.

BRUNO S.:
Nie szkodzi, nie szkodzi.

LIS:
Pan się nie gniewa?

BRUNO S.:
Bynajmniej. Byłem nawet gotów udzielić odpowiedzi, ale skoro on jest niewierzący...

LIS:
Tak, lepiej niech pan nic nie mówi. To by go mogło urazić.

KOGUT:
A miał by pan coś do powiedzenia?

LIS:
Niech pan nie zwraca uwagi na jego prowokacje.

BRUNO S.:
On prowokuje?

LIS:
Oczywiście. Dąży do wywołania dyskusji, która — zważywszy jego poglądy i jego oficjalne stanowisko — byłaby jałowa.

BRUNO S.:
Doprawdy niezręczna sytuacja.

LIS:
Najlepiej zmieńmy temat. Jak pan znajduje pogodę po powrocie?

BRUNO S.:
Marna. W dalszym ciągu pada.

KOGUT:
A tam, skąd pan wraca, to niby sucho, co?

LIS:
Co za poziom.

BRUNO S.:
Drogi panie, zarówno gdybym potwierdził jak i zaprzeczył pan nie będzie usatysfakcjonowany. Stoi pan na określonym stanowisku, zdecydowanie negatywnym. Pańskie zdanie na temat życia pozagrobowego jest osądem a priori pozbawionym wszelkich podstaw eksperymentalnych. Zważywszy sprzeczność nie do pogodzenia między pańską aprioryczną pewnością siebie, a moim bezpośrednim, a tak świeżym doświadczeniem, uważam, że polemika nie miałaby sensu. Zresztą już niebawem pan osobiście się o wszystkim przekona.

KOGUT: Jak mam to rozumieć?

BRUNO S.:
Jak najprościej. Każdego czeka kres jego ziemskiej wędrówki. Prędzej czy później.

KOGUT:
Ale to „niebawem”.

BRUNO S.:
To znaczy, że raczej prędzej niż później.

KOGUT:
Skąd pan może to wiedzieć.

BRUNO S.:
Pan zapomina, że wracam z wymiaru, w którym takie rzeczy są wiadome.

KOGUT:
Jakie rzeczy...

BRUNO S.:
Pewne rzeczy niedostępne żyjącym w doczesnym, trójwymiarowym świecie.

KOGUT:
Głupstwa pan opowiada!

BRUNO S.:
Powiedziałem, że nie będę polemizował.

LIS:
Słyszałeś? Pan Bruno nie chce już z tobą rozmawiać. (Podchodzi do Bruno S. i odprowadza go na bok.) Ale między nami, panie Bruno, to ciekawe co pan powiedział. Ma pan jakieś informacje na temat mojego przyjaciela? Jego najbliższej przyszłości?

BRUNO S.:
Oczywiście.

LIS:
Mnie to nie interesuje. To znaczy nie interesują mnie szczegóły, natomiast ciekawi mnie ogólnie. Więc mówi się po tamtej stronie o naszym przyjacielu? Są jakieś decyzje w jego sprawie? (Kogut tymczasem zbliża się do nich.) Zajmij się sobą.

BRUNO S.:
Jego losy, zarówno za życia jak i po śmierci, są przewidziane.

LIS:
Fascynujące. My tu sobie żyjemy jak gdyby nigdy nic, a tymczasem po tamtej stronie wszystko już wiadomo. Nie będę pana nudził pytaniami, choć oczywiście było by niezmiernie ciekawe dowiedzieć się z pewnego źródła czy istnieje niebo i piekło, czy niedowiarstwo jest karane, czy nasza poszczególna świadomość przechodzi przez próg śmierci nie tknięta i co to właściwie jest wieczność. Ograniczę się tylko do jednego pytania: czy jego przypadek jest ciężki?

BRUNO S.:
Ciężki, ale nie beznadziejny.

KOGUT:
Nonsens!

LIS:
Jeszcze tu jesteś? Spóźnisz się na posiedzenie.

KOGUT:
Ciemnota, przesądy, zabobon!

BRUNO S.:
Zgadza się

LIS:
Co? Przyznaje mu pan rację?

BRUNO S.:
Nie, stwierdzam tylko, że po tamtej stronie się nie mylą.

KOGUT:
Kto się nie myli, po jakiej tamtej...

BRUNO S.:
Jego zachowanie zgadza się niestety z opinią, jaką tam o nim powzięto. Wnioski, jakie wyciągnięto są słuszne, a pewne akcje, jakie w jego sprawie rozpoczęto są całkowicie uzasadnione.

KOGUT:
Kto powziął, kto wyciągnął, kto rozpoczął!

BRUNO S.:
Pański przyjaciel staje się nudny.

LIS:
Mnie pan to mówi?

KOGUT:
Poczekaj pan, panie Sznajder, jestem Prezesem Towarzystwa Miłośników Myśli Racjonalnej i jako taki mam prawo, więcej, obowiązek bezwzględnego, naukowego i ściśle bezstronnego badania tych zjawisk. Oczywiście nie uprzedzam konkluzji, ale muszę zgromadzić materiał. Zaś pan, jako członek myślącej ludzkości nie ma prawa uchylać się od zeznań. W imieniu Towarzystwa Miłośników Myśli Racjonalnej wzywam pana...

BRUNO S.:
Gwiżdżę na pańskie Towarzystwo.

KOGUT:
Pan gwiżdże na...

BRUNO S.:
Na Miłośników i na Myśl Racjonalną. A także na postęp, oświecenie i encyklopedystów. Na światopogląd materialistyczny, jeżeli pan woli.

KOGUT:
Ależ...

LIS:
Słyszałeś? Pan Bruno gwiżdże.

KOGUT:
Pan gwiżdże?!

BRUNO S.:
Tak.
(Odwraca się tyłem do Koguta i odchodzi na bok.)

KOGUT:
To niesłychane.

LIS:
Doigrałeś się. Pan Bruno się obraził.

KOGUT:
To ja się obraziłem.

LIS:
Nie bądź śmieszny. Trzeba było z nim pogadać po ludzku.

KOGUT:
To znaczy jak?

LIS:
Na boku, prywatnie, jak człowiek z człowiekiem. A ty co, ty od razu w niego światopoglądem. W dodatku naukowym. Zupełnie jak dziecko.

KOGUT:
Nie mogłem inaczej. Ja, jako Prezes...

LIS:
Prezes. Prezes i co ci z tego przyszło. Teraz już niczego się nie dowiesz.

KOGUT:
Czy myślisz, że już jest za późno?

LIS:
Spróbuję ci to załatwić.



 


Recenzje:

Produkt nie posiada jeszcze recenzji


Copyright © by NSB 2007 | Polityka prywatności | Regulamin | Pomoc i zasady zakupów